sobota, 27 sierpnia 2011

West Highland Way. Z dziennika podróży: pierwszy nocleg na dziko

THE WEST HIGHLAND WAY. A NOTE FROM THE TRAVEL LOG: OUR FIRST WILD CAMP


Tak wyglądała woda z czerwonego potoku.
This is what the water from the red broom
looked like.
Po 16 km marszu z Tyndrum, za Inveroran i Mostem Wiktorii, doszliśmy do Forest Lodge, leżącego na skraju lasu, na wejściu do którego stoi brama. Na bramie wywieszone są dwie informacje dla pieszych turystów: „Żadnych ognisk” i „Najbliższe pole namiotowe (brak infrastruktury) znajduje się w Kingshouse, 16 km stąd. W razie wątpliwości zawróć na ostatnie pole namiotowe przed Hotelem Inveroran.” Żadne powroty nie były nam w smak (to było ok. 2 km), więc postanowiliśmy iść dalej aż znajdziemy pierwsze miejsce na nocleg. Po kolejnych ~ 2 km znaleźliśmy ruiny jakiegoś domu, idealne miejsce na rozbicie namiotu i nawet rwący czerwony strumień obok, mieliśmy więc wszystko, czego było nam trzeba. Na dodatek, dzięki ruinom miejsce wyglądało nieco upiornie. Tutaj po raz drugi zrobiliśmy użytek z naszych super-czapek: midgesów było znacznie więcej niż w Beinglas i były znacznie bardziej wygłodniałe. Na szczęście, po zamknięciu w namiocie nawet te, które dostały się do środka były łagodne, dopóki zostawiło się je w spokoju.
Rano zebraliśmy się jak na nas dość wcześnie; zjedliśmy śniadanie i umyliśmy zęby w moskitierach. Mieliśmy szczęście, bo akurat nie padało, a słońce nie tylko suszyło nasz namiot, lecz także sprawiało, że znikały wszystkie krwiopijne midgesy.
Następnym punktem na mapie był Bá Bridge; znaleźliśmy tam miejsce, w którym nocowali nasi znajomi, S. i B., piętnaście lat wcześniej, tuż przed mostem (fantastyczny widok w promieniu kilkunastu kilometrów na Ranoch Moor). Miejsce jest dość charakterystyczne, to pewnego rodzaju podwyższenie terenu koło drogi, jakby mikro-wzgórze, z kilkoma wklęsłymi „logiami” w środku.

+ For English version click beneath



Ok. godziny 22. Wieczorem jedyne ślady wcześniejszego deszczu widniały na naszym namiocie.
About 10 pm. In the evening the only traces of the previous rain were to be found on our tent.


After a 10 miles walk from Tyndrum, having passed Inveroran and Victoria’s Bridge, we riched the Forest Lodge, that is situated just on the edge of the forest, on the way to which there is a gate. There are two pieces of information for walkers on that gate: „No camp fires” and „The nearest camping area (no facilities) is in Kingshouse, 10 miles. If in doubt return to the last camping area before Inveroran Hotel.” It was not to our liking to go back anywhere (it was about 1,2 mi), so we decided to go on until we find the first place proper for camping. After another 1,2 mi we found ruins of a cottage, a perfect location for pitching a tent and even a rushing red broom nearby, so we had everything we needed and additionally the place looked a little bit haunted because of the ruins. Here did we use our super-caps for the second time: there were way more midges there than in Beinglas and they were far more ravenous. Fortunately, when the tent was closed, even those which flew inside were of a gentle disposition unless disturbed.


In the morning we pulled ourselves together rather quickly; we ate the breakfast and cleaned our teeth wearing the mosquito-nets. We were lucky, as it didn’t rain and the sun not only dried our tent but also made all the bloodsucking midges disappeare.
The next point on the map was the Bá Bridge; we even found the place, where our friends S. and B. stayed fifteen years ago – it was just before the bridge and gave a fantastic view over the Ranoch Moor). The place is quite characteristic, it is a sort of platform just by the road, something like a micro-hill with several concave „loggias” inside.


Miejsce, w którym nocowali nasi znajomi. // Our friends' wild camp.
***

Odpowiedzi:
Repleys:

Pimposhko, dzięki za uwagę, też tak á propos anonimowych komentarzy u Ciebie -- każdemu zdarzają się błędy, myślę, że nie ma się o co boczyć, kiedy ktoś na to zwraca uwagę, ja tam jestem Ci wdzięczna za poprawkę :).
I gratuluję Ci skończenia pracy! Mnie się kciuki bardzo przydadzą, bo coś nie mam weny...
PS. Mnie mój facet, czytając każdy mój wpis na blogu, wymienia błędy i komentuje: polonistko jedna! ;)

Aurelio, a czy ten Kubuś Puchatek to przynajmniej podrośnięty był? ;)

malaalu, przyznam Ci się z całą szczerością, że kiedyś też myślałam, że łososiowy to taki srebrzysto-niebieski -- miałam wtedy trochę mniej lat niż teraz i taka interpretacja wydawała mi się oczywista ;)

4 komentarze:

wiewiórka pisze...

Czytam Twoją relację z podroży po górach i jestem pełna podziwu. Podwójnego podziwu, bo raz podziwiam niesamowite widoki i dziką przyrodę tak odmienną od tej którą znam, a po drugie podziwiam Ciebie za wędrowanie tyle kilometrów z takim ogromnym plecakiem w każdą pogodę! Dla mnie to niesamowite. Do tego jeszcze obozowanie na dziko, "in the middle of nowhere", przy ruinach - pełen szacunek :)))

pozdrawiam porannie

viola pisze...

Wspaniala wyprawa, piekne zdjecia. Ja za nic na swiecie, nawet za super alpake na sweterek nie spalabym w "TAKIM" miejscu. Nie chcialabym nawet byc blisko tego po ciemku brrrr. Bohaterska dziewczyna z Ciebie.
Co do kolorow...hmmmm...gdy moj szanowny mowi o czyms "czerwone" musze uscislic, czy przypadkiem nie jest to rozowe albo pomaranczowe czy bordowe, bo dla niego czerwone zaczyna sie od majtkowego rozu a konczy sie czasem na brazie. To samo ma z zoltym....jakbys nie wiedziala, to kawa z mlekiem tez jest zolta.
Oni tak maja, no coz....

samosia pisze...

Witaj! Melduję, ze skończyłam SEMELE według twojego tłumaczenia. Twoje wskazówki wiele mi rozjaśniły! Efekt jest już na moim blogu. Mogę przesłać zdjęcia do Twojej galerii, ewentualnie skopiuj je.

samosia pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...