Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toskania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toskania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 listopada 2011

W Toskanii z mamą -- Volterra

Volterra to zdecydowanie moje ulubione miasto w Toskanii. Od miesiąca to również ulubione miasto mojej mamy. No cóż... wcale się jej nie dziwię.

Wieczorem tego dnia, który opisałam poprzednio, odebrałyśmy z hotelu nasze bagaże i udałyśmy się po odbiór samochodu. Bardzo miły pan w biurze wypożyczalni skrzętnie nas obsłużył i życzył nam miłej podróży -- wkrótce okazało się jednak, że co nieco się pospieszył. Odebrawszy kluczyki ruszyłyśmy na parking i odnalazłyśmy miejsce oznaczone na kopercie z dokumentami. Otworzyłyśmy stojący na nim samochód i zapakowałyśmy do niego swoje rzeczy oraz siebie. Po krótkich oględzinach mapy zdecydowałyśmy wyruszyć i... nie wyruszyłyśmy. Kluczyk nie chciał przekręcić się w stacyjce samochodu. Zaczęłyśmy myśleć, kombinować: może w tym modelu trzeba coś jeszcze wcisnąć, albo przekręcić, albo cholera-wie-co? W końcu poszłam po pana z obsługi. Pan przyszedł. Obejrzał samochód. Wsiadł. Spróbował przekręcić kluczyk. Nic. Wysiadł. Podrapał się po głowie. Uśmiechnął się niepewnie. I nagle przyszła mu do głowy genialna myśl: sprawdzić numery rejestracyjne wozu i kluczyków! Oczywiście, kluczyki były od innego samochodu, a ten stał na  t y m  miejscu z niewiadomych powodów. Pan natychmiast pobiegł szukać naszego auta i nawet dość szybko je znalazł. Dowiedziałyśmy się przy okazji, że piloty do Pand często otwierają kilka egzemplarzy tego modelu...

Do Volterry dojechałyśmy już nocą. Po całodziennym zwiedzaniu pizańskich mainstreamowych atrakcji byłyśmy dość zmęczone i każdy kolejny zakręt -- a jest ich tam od groma -- popychał nas do stawiania pytania: daleko jeszcze? Mama zadawała je mnie, a ja mapie, próżno jednak nasłuchiwałam odpowiedzi. Ciśnienie rosło. Kiedy w końcu dostrzegłam w oddali zarys panoramy miasta, to było jak zobaczyć światło latarni morskiej. Co prawda od tej chwili czekało nas jeszcze wiele spirali i niespodziewanych skrętów, ale miałam już poczucie, że jesteśmy na miejscu.

Zatrzymałyśmy się w niewielkim Hotelu Sole (który zdecydowanie mogę polecić), oddalonym od starożytnych murów miasta o 10 minut spokojnego spaceru. Pan w rejestracji już nas oczekiwał i kiedy weszłyśmy do pokoju wszystko było już doskonale. Zjadłyśmy kolację złożoną z ricotty, dwóch plastrów prosciutto i pomidorów, wypiłyśmy herbatę i poszłyśmy spać przed jedenastą.

Następnego dnia wstałyśmy przed ósmą, zjadłyśmy włoskie śniadanie (cappuccino, briosch, brzoskwinie w syropie, płatki z mlekiem, ciasteczko...) i wyszłyśmy na zwiedzanie miasta. Po drodze na piazza mijałyśmy mieszkańców Volterry, nieliczne ranne ptaszki -- ludzie uśmiechali się do nas i mówili buon giorno! lub ciao! Mamie od razu przypadła do gustu ta życzliwość i otwartość.


Do miasta weszłyśmy przez etruską bramę z VIII wieku p.n.e., Porta dell'Arco (tu można zobaczyć zdjęcie, mam nadzieję, że kiedyś zamieszczę własne). Na fotografii widać wyraźnie, że różne elementy konstrukcji pochodzą z różnych epok (zwróćcie uwagę na kształt/obróbkę i strukturę użytych kamieni). Trzy głowy, których rysy są już zupełnie zatarte, stanowią zagadkę -- na razie bez rozwiązania. Według jednej z koncepcji to Zeus i Dioskurowie (czyli jego synowie Kastor i Polluks). Uliczka z powyższej fotografii to Via all'Arco -- prowadzi od etruskiej bramy na piazza. Na kamienicach wzdłuż tej ulicy również widać ślady metamorfoz architektonicznych miasta następujących wraz ze zmieniającą się modą: w murach widnieją zasiedziałe pozostałości gotyckich biforiów, różnorakich łuków bram wjazdowych i wejść, renesansowe portale okienne -- jedne przy drugich, wciskają się pomiędzy cegły i nachodzą na siebie, mówiąc 'ja nastąpiłem po tych, a po mnie przyszły kolejne'.




Na tym zdjęciu widzicie ścianę siedemnastowiecznej kaplicy bocznej w Duomo di Volterra (czyli Cattedrale di Santa Maria Assunta). Kiedyś, zanim dobudowano kaplicę, była to zewnętrzna ściana katedry. Widać na niej znaki czasu, a właściwie różnych czasów: romańskie zdobienia na górze wraz z tymi widocznymi pionami (zobaczycie je na większości romańskich świątyń we Włoszech), prawie na pewno były kiedyś pokryte poziomymi pasami białego i czarnego marmuru; jest wąskie średniowieczne okienko, zarys kształtu sklepienia prawdopodobnie poprzednio dobudowanej kaplicy lub budynku mieszkalnego i dwa zarysy wejść (dzisiejsze znajduje się pod tym kolorowym malunkiem, jest barokowe i znacznie mniejsze od wszystkich poprzednich). Prawdopodobnie można się tam dopatrzeć jeszcze więcej śladów kolejnych, współumarłych lub współżyjących ze sobą przeszłości. Właśnie w taki sposób opowiada o sobie cała Volterra.




A to schody do rzymskich cystern przy bramie San Felice, niegdysiejszego miejsca poboru wody dla całego miasta (pod arkadami na zdjęciu po prawej). Miejsce po zmierzchu jest efektownie oświetlone, a w basenach pływają czarne i złoto-pomarańczowe ryby. W zeszłym roku trafiliśmy tu z Kubą zupełnie przypadkowo podczas późnowieczornego spaceru i to miejsce zrobiło na nas duże wrażenie.
Wcześniejsze cysterny znajdowały się po zewnętrznej stronie murów, zaledwie kilka kroków od tego miejsca. Można je obejrzeć, ale są w fatalnym stanie i strasznie zaśmiecone, a woda nie jest już do nich doprowadzana. Znalazłam je w tym roku, ponieważ byłyśmy tu z mamą za dnia.


To tyle tegorocznych zdjęć z samej Volterry. Mając kliszaka nie cyka się zdjęć tak rozpustnie jak cyfrówką, bo każde naciśniecie spustu wymaga podjęcia decyzji, czy akurat to ujęcie będzie tego warte. W konsekwencji obrazów ma się znacznie mniej, za to są bardziej przemyślane.
Następnym razem San Gimignano, Balze (osuwiska w Volterze) i widok na Val di Cecina o zachodzie słońca.


---


makramko, warto, bardzo warto wyjechać. Chociaż wyjazd był jednak prawie w całości sponsorowany przez moją mamę. Mam nadzieję, że kiedyś zabiorę ją na takie wakacje na własną kieszeń.


pimposhko, zakamarki tak, ale w Volterze, co do Pizy muszę Cię rozczarować -- byłyśmy tu tylko przez jeden dzień, więc także nie zobaczyłyśmy wiele więcej niż Piazza del Duomo. Zamierzam tam jednak wrócić i zobaczyć m.in. cmentarz, na którym znajduje się np. grób Sheleya i innych angielskich rozpieszczonych młodzieńców, którym pechowo zmarło się podczas grand tour ;). A hotel akurat ten, bo był najbliżej i oferował najlepszy stosunek ceny do usług.


wilddzik, dzięki ;)


malaala, zgadzam się, zdolna ta Minolta, sama jestem bardzo pozytywnie zaskoczona :). A z mamami to chyba tak jest, że trzeba im pokazać, że mogą zrobić jeszcze wiele rzeczy, o których im się wydaje, że już na nie za późno, że już nie warto -- a warto: stwierdzam, że niewiele jest lepszych rzeczy, które mogłabym zrobić dla mojej mamy :)



niedziela, 30 października 2011

W Toskanii z mamą -- Piza

Czy zadawałyście sobie kiedyś pytanie, co zrobić, żeby mama-pracoholiczka wyjechała na wakacje? Odpowiedź jest jedna -- zabrać ją na nie! Od długiego już czasu myślałam o tym, co by tu zrobić, żeby mama wzięła urlop i wyjechała gdzieś odpocząć. W końcu w czerwcu wykonałam taki telefon:
- Mamo, w ostatnim tygodniu września musisz wziąć urlop, jedziemy do Toskanii.
- Jedziecie do Toskanii? No to jedźcie, a dlaczego ja mam brać urlop?
- Bo to my jedziemy do Toskanii. - Jacy my: ty i Kuba? - Nie: ja i TY.
- Co?! Nie, to niemożliwe, ja nie mogę wziąć urlopu, zresztą co to w ogóle za dziwny pomysł (...tutaj znalazło się mnóstwo powodów, dla których mama absolutnie i pod żadnym warunkiem nie może jechać...) Nie.
- 27 września do 1 października - może być? - ?! !! !!!? - Bo właśnie sprawdzam bilety w ryanairze. - ?!!! ?! !! A w ogóle to nie mogę teraz rozmawiać. PA!
- No to pa.

Następnego dnia, rano:

- Naprawdę jedziemy do tej Toskanii?
- No.
- A jak my tam dojedziemy?
- Polecimy samolotem, już kupiłam bilety do Pizy.
- Aha. A co my tam będziemy robić?
- No zwiedzać, jeść i odpoczywać. To, co się robi w Toskanii.
- Aha. Ale naprawdę jedziemy do Toskanii?
- No naprawdę, jeszcze tylko muszę kupić bilety powrotne (i wynająć samochód i zarezerwować hotele i... no, o tym mamie nie mówiłam tak szczegółowo, w końcu to miały być jej wakacje :)
Wyjazd był bardzo udany. Tak myślę ;). Pokazałam mamie moje ulubione toskańskie miasta: Volterrę i San Gimignano, byłyśmy też w Pizie, której wcześniej nie znałam.
Wyleciałyśmy z Krakowa do Pizy wieczornym rejsem. Noc spędziłyśmy w MOH Galilei (mogę polecić), a następnego dnia z samego rana poszłyśmy na piechotkę do centrum miasta, gdzie spędziłyśmy cały dzień. Punkt główny programu -- Campo dei Miracoli.

Duomo di Santa Maria Assunta, Krzywa Wieża wyszła trochę nazbyt prosto ;)

piątek, 27 sierpnia 2010

Akcent konny, czyli Już za rok wakacje, część III

Nie mogło się bez niego obejść. To jasne. Nawet jeśli we Włoszech o jeździe konnej nie było mowy, sporo było różnych takich... no, akcentów właśnie :)

Te kolorowe zdjęcia przedstawiają fresk - było ich znacznie więcej, do tego stopnia, że mam zdecydowany przesyt fresków na kilka najbliższych wakacji. O tym konkretnym pamiętam tylko tyle, że jest gdzieś w Volterze... Na szczęście są w niej też inne ciekawe rzeczy, szczególnie w Muzeum Etrusków. To niezwykle ciekawe miejsce, ponieważ Volterra była początkowo miastem etruskim (pod nazwą Velathri, VII-IV wiek p.n.e.) i to jednym z najważniejszych - należała do tak zwanej Ligi Dwunastu Miast. Położona na wzniesieniu i otoczona murami o długości 7,3 kilometrów, wewnątrz których schronienie znajdowało 25 000 mieszkańców (dzisiaj jest ich niemal dwa razy mniej) stanowiła potężną twierdzę, z której kontrolowano ogrom terytorium dookoła. Pozostałości po tych murach są liczne i bardzo okazałe, tak jak pozostałości po samych Etruskach. Na poniższym zdjęciu przedstawiona jest etruska urna na prochy zmarłych (bogata w ponad 600 egzemplarzy kolekcja tego muzeum jest znana na całym świecie).


 
Zazwyczaj kamienne zdobienia takich urn przedstawiały sceny z mitologii greckiej lub lokalnej, były typowe i wielokrotnie się powtarzały. Lecz na pierwszej z dwóch pokazanych tutaj wyryta jest scena, która nie powtórzyła się na żadnej z pozostałych (przejrzałam wszystkie wystawione, żeby to sprawdzić!). Nie nasuwa ona skojarzeń z żadnym mitem, więc razem z Kubą stworzyliśmy dla niej osobny opis:
Przedstawienie podzielone jest na dwie części pionową linią, którą stanowi ściana domostwa. Jego wnętrze znajduje się po prawej stronie: widzimy w nim dwoje ludzie - kobieta stojąca przy ścianie oraz leżący na łożu mężczyzna. Po lewej stronie, czy na zewnątrz domu widzimy dwóch mężczyzn, z których jeden prowadzi konia, a drugi gra fujarce. To korowód pożegnalny. Kobieta nasłuchuje przez drzwi ich przyjścia, które oznacza śmierć jej męża - mężczyźni wezmą go na konia i przy dźwiękach muzyki przeprowadzą przez granicę życia.
Scena w takim ujęciu jest bardzo wzruszająca i pewnie dlatego najmocniej wryła mi się w pamięć. Co ciekawe, znacząca większość urn była zdobiona scenami zawierającymi konie, czasem w dużych ilościach. Szczególnie popularne było porwanie Prozerpiny (zazwyczaj cztery konie).
Kolejnym konnym gadgetem było etruskie wędzidło - jak na mój gust bardzo ozdobne :)




Na co dzień jednak, moją uwagę zwracały takie detale jak te dwa poniżej - początkowo myślałam, że służyły gościom do przywiązania wierzchowców u drzwi gospodarza kamienicy, ale pojawiały się tak licznie i na tak niespodziewanych wysokościach, że moje domysły chyba mijają się z prawdą:




Jeśli ktoś wie, jakie było zastosowanie tych gadgetów, będę bardzo wdzięczna za informację. Nazywały się chyba bracciali, ale nie jestem zupełnie pewna.
No i kilka rzeczy zupełnie od czapy: wystawa sieneńskiego sklepu z galanterią skórzaną, w której skład wchodziły także siodła i ogłowia oraz parking dla koni pod murami miasteczka (hm, jak tylko przypomnę sobie nazwę tego miasteczka, zaraz ją tu wstawię).




Jeśli o koniach we Włoszech mowa, nie może oczywiście zabraknąć wzmianki o Palio, zwłaszcza skoro byłam w Sienie. Jest swego rodzaju wyścig odbywający się dwa razy do roku na głównym placu miejskim, Piazza del Campo, który stanowi kulminację obchodów święta Wniebowzięcia Matki Boskiej. Przed wyścigiem odbywa prezentacja koni i jeźdźców, którym towarzyszą bardzo kolorowe i muzyczne atrakcje. Trafiliśmy akurat na intensywne przygotowania do tej imprezy, której tradycja sięga średniowiecza. Rzecz polega na tym, że Siena jak wiek wieków podzielona była na contrady (powiedzmy: dzielnice), z których każda ma swojego zwierzaka jako taki "totem", jest np. contrada żółwia, jeżozwierza, ślimaka itp. Kiedyś contrady prowadziły ze sobą intensywne i krwawe spory - pozostały po nich monumentalne bramy oddzielające poszczególne dzielnice, zwierzęce herby na niemal wszystkich kamienicach, wieże mieszkalne  oraz Palio właśnie. Każda contrada co roku wystawia swojego konia - dla jeźdźców jest to niezwykła gratka, bowiem zwycięzca otrzymuje nie tylko masę pieniędzy, ale przede wszystkim staje się lokalnym (i ogólnowłoskim) bohaterem. Niestety, prestiż tej imprezy na tym się kończy - podczas wyścigu prawie co roku konie giną lub doznają bardzo poważnych kontuzji. Co prawda pas wyścigowy wysypany jest ubitym piachem, ale nie jest to wcale odpowiednie podłoże. Ponadto plac jest bardzo mocno pochylony, a zakręty są zbyt ostre (nawet 90*) - przylgnęły do nich nawet krwawe nazwy.
Z ciekawostek: zwycięzcą wyścigu nie jest jeździec, lecz koń reprezentujący swoją kontradę, nawet jeśli ukończy wyścig bez dżokeja na grzbiecie, zaś przegranym nie jest wcale koń ostatni, lecz drugi!
Jedną z atrakcji związanych z Palio i wywierających największe wrażenie jest żonglowanie dużymi jedwabnymi chorągwiami  przez reprezentantów każdej kontrady - przygotowanie jednej z nich nagrałam, żeby Wam pokazać:


uff, udało mi się załadować ten filmik - no to zapraszam, do oglądania przy włączonym dźwięku :).



No i to na tyle konnych atrakcji we Włoszech. Co prawda w Monteriggioni trafiliśmy akurat na pokazy konne, ale nikt oprócz mnie nie miał ochoty ich oglądać, więc przeszły koło nosa.


Porwanie Prozerpiny, urna etruska - zdjęcie kiepskie, ale bardzo mi się podoba, jak ten mężczyzna gładzi konia po chrapach :)

I tu oto znajdujecie pytanie drugiej tury konkursu :). W Volterze, oprócz pozostałości etruskich murów, cmentarza i budynków znajdują się przede wszystkim włoskie budowle z ostatnich kilkuset lat.  Każda kamienica ewoluowała wraz ze zmianami obowiązującej estetyki w związku z czym na każdej fasadzie widoczne są ślady po rozlicznych oknach, wejściach czy bramach, które w miarę postępujących gustów i smaków ustępowały nowocześniejszym modom.


Jest tam również kościół, niespodziewanie duży jak na tak niewielką w gruncie rzeczy mieścinę. Jest to kościół z recyklingu :)

 

Jak widać na drugim zdjęciu kościół stoi w bardzo malowniczym miejscu. A jak widać na pierwszym - jest niewykończony. Te dwa fakty łączą się ściśle ze sobą. Otóż tam, gdzie teraz widzicie pionową skalną ścianę, stała pierwotna romańska świątynia pod wezwaniem świętego Justyna. Pewnego dnia skała razem z budowlą runęła w przepaść - okazało się, że całe połacie tego terenu stanowią osuwiska. Z ruin  wydobyto wszystko, co można było wykorzystać do budowy nowego kościoła, między innymi widoczne przed kościołem cztery kolumny z figurami ewangelistów, cegły, fragmenty ornamentacyjne i dzwon, który nie mógł już dzwonić, ale na pamiątkę zawieszono go pod jednym z ołtarzy bocznych.


A pytanie konkursowe brzmi tak:
Na czym jest zawieszony ten dzwon?

No, to powodzenia :)



czwartek, 26 sierpnia 2010

Kulinaria włoskie, czyli: Już za rok wakacje, część II

Kuba twierdzi, że nie powinnam zadręczać ewentualnych czytelników tyloma zabytkami (tak, a mnie to kto tymi zabytkami zadręczał przez całe dwa tygodnie...? no kto?). Więc dzisiaj będzie o sposobie wakacjowania we Włoszech - takim jednocześnie na polską kieszeń i jednocześnie bardzo wydajnym, tzn. o campingu, i o JEDZENIU, JEDZENIU i jeszcze raz JEDZENIU :). W podróż wyjechaliśmy czternastoletnim czerwonym escortem. Co prawda, trochę szwankował - a to chłodnica, a to akumulator, a to niezidentyfikowany obiekt wirujący, ale dał radę i dzielnie przewiózł nas przez tych ładnych kilka tysięcy kilometrów :). Warto zaznaczyć, że taki sposób podróżowania jest opłacalny, o ile mamy napęd na gaz, natomiast komfort podróżowania własną bryczką jest nieoceniony - plany i trasy zmienialiśmy dowolnie z dnia na dzień, a nawet z godziny na godzinę.


Gotowanie obiadu w drodze powrotnej do Polski
Wakacje w słonecznej Italii, nawet pod namiotem, do tanich nie należą, ale z pewnością są bardzo dobrym rozwiązaniem, żeby nie wydać fortuny. Ceny na campingach bardzo się różnią - najdroższe są wzdłuż wybrzeży, a im bardziej w głąb kraju, tym przyjaźniej - i wahają się od dwudziestu do trzydziestu kilku euro za noc (za dwie osoby z dużym namiotem + samochód). Standard campingów też jest zróżnicowany i z naszych doświadczeń póki co wynika, że o dziwo im tańszy tym lepszy. Nasz pierwszy przystanek namiotowy był w Volterze, gdzie zatrzymaliśmy się na trzy dni - dosłownie cudem zdążyliśmy na ostatnie miejsce wystarczające dla dwóch namiotów (tak, dwóch, bo było nas dwie pary - nie wspominałam o tym wcześniej? ach, to pewnie dlatego, że to jeden z mniej udanych pomysłów na ten wyjazd ;). Kiedy namioty stały już w pełnej okazałości i zabraliśmy się za przygotowywanie kolacji, zupełnie niespodziewanie okazało się, że nikt nie pomyślał o wzięciu ze sobą soli... Przy tej okazji zapoznaliśmy się więc z holenderskimi sąsiadami posiadającymi mnóstwo niezwykle jasnowłosych (i jednocześnie niezwykle ciemnoskórych) dzieci. Sól bowiem była konieczna, a to dlatego, że na kolacje (i to wszystkie) jadaliśmy pastę, czyli makaron. Tym razem była to pasta z pesto - jedno z najpyszniejszych dań pod słońcem, szczególnie, że pesto było domowej produkcji, zakupione tego samego dnia w drodze przez Chianti. No i, naturalnie, winko, też Chianti - w końcu to włoska kolacja miała być :). Przez kolejne dni sposoby podania pasty się zmieniały, głównie jednak używaliśmy gotowych sosów pomidorowych z dodatkami - to był kolejny feler: podczas poprzednich wakacji żywiliśmy się zupełnie inaczej, ale dogadać się w dwie osoby a w cztery, to jednak spora różnica.

droga przez Chianti - po bokach winnice
Mniejsza z tym, odbijaliśmy sobie obiadami w ciągu dnia, a każdy dzień spędzaliśmy na intensywnym zwiedzaniu. W związku z tym do wyboru mieliśmy żywienie się włoskim fastfoodem, czyli pizzą lub piadinami, albo suchy prowiant. We Włoszech wspaniałe jest to, że w każdej mieścinie można dostać pizzę na wynos w kawałkach i za 2 do 4€ najeść się nią do syta (im mniej turystyczna mieścina, tym lepsza pizza i w niższej cenie): wchodzi się do takiej pizzerii, w której pan co chwilę wyciąga ogromne i zawsze różne pizze prosto z pieca i tnie je na kawałki, które następnie sprzedaje osobno. Pychota! Piadina natomiast to taka sucha tortilla z czymś w środku: to coś zazwyczaj sprowadza się do jednego plastra szynki, ale bywają też bardziej wypasione; kosztują mniej więcej tyle samo, co pizza na kawałki.
Najpyszniejszy jednak z możliwych obiad to taki, jakim nie pogardziliby sami Włosi: kiedy mieliśmy już dość wżerania fastfoodów, a to nastąpiło dość szybko, robiliśmy rano w sklepie następujące zakupy:
  • 1 melon
  • 6-10 plastrów prosciutto
  • mozarella lub ricotta (najsmaczniejsze są te na wagę, produkowane gdzieś na miejscu)
  • czasem gorgonzola lub inny pleśniak
  • kilka pomidorów lub pomidorków
  • jakieś pieczywko
  • wino w kartoniku
Włoskie wino w kartonie to absolutnie nie takie melejstwo jak u nas! To po prostu wino stołowe :) Najczęściej pije się je zmieszane z wodą i tak też my je piliśmy - mmm, niebo w gębie, kiedy się siedzi na trawniku i wcina smakowite włoskie pomidory z wyśmienitymi serami. Melona jedliśmy z prosciutto jako pierwsze danie, potem całą resztę jako drugie. Po obiedzie obowiązkowo kawa w jakiejś kawiarni! Włosi piją kawę właściwie wyłącznie czarną, z wyłączeniem śniadaniowej, ja jednak - wykazując się niezwykle barbarzyńskimi obyczajami - pijałam uparcie latte lub cappuccino :). Raz spotkałam się jednak z bardzo ciekawym sposobem podania czarnej kawy, który potem skutecznie rywalizował z białą - nazywało się toto SHAKERATO i było zwykłym espresso z cukrem, wlanym do shakera wypełnionego kostkami lodu, porządnie wytrząśniętym i podanym w kieliszku do martini. Smakowało cudnie! I było jedynym znanym większości barmanów i barmanek sposobem na serwowanie zimnej kawy (taka z lodami uznana byłaby prawdopodobnie za zamach na świętą cześć kawy).
No to zostało jeszcze śniadanie - było proste i zawsze takie samo: kawa z mlekiem i briosch, czy rogalik z francuskiego ciasta (dla niektórych croissant). Mój ulubiony - czekoladą i naturalny :) Na ostatnie śniadanie, na stacji benzynowej tuż przed wyjazdem z Włoch pochłonęłam dwa :)

wystawa sklepu z serami
stoisko owocowe w sklepie typu Avita
  
Kuchnia jest niezwykle istotnym składnikiem wakacji we Włoszech. Wiele rzeczy jest tam absolutnie wyjątkowych, jak tamtejsze owoce czy sery, ale część można dostać i u nas, aby przyrządzić sobie prawdziwie włoskie potrawy. Trzy przykłady podam jako pamiątkę z wakacji:
photo: www.prosciuttorecipes.com
  • melon z prosciutto - dla niektórych zapewne zaskakujące połączenie, ale nie znam osoby, która nie zachwyciłaby się tym prostym daniem; należy zakupić bardzo dojrzałego melona (trzeba wąchać go przy zadku - jeśli zapach jest intensywny, to melon jest dojrzały) i kilka plastrów prosciutto; melona obieramy ze skóry, kroimy na kawałki i wkładamy na dłuższą chwilę do lodówki, aby dobrze schłodniał; podajemy z plastrami prosciutto rozłożonymi na talerzu, można w towarzystwie dobrej oliwy i świeżo mielonego pieprzu, ale to niekoniecznie - uwaga: prosciutto to włoski rodzaj szynki, którego nie sposób podmienić żadną polską wędliną! i nie kupi się go w osiedlowym wędliniaku; najlepiej wybrać się po nie do "lepszego" hipermarketu (np. typu Alma czy Bomi, można też liczyć na Carrefoure'a, a nawet ostatnio na Tesco, w żadnym razie natomiast na Auchan), jego cena może początkowo przerażać - 90 do stukilkudziesięciu złotych za kg - ale pamiętajcie, że potrzebujecie tylko kilku cieniusieńkich plasterków*, które będą kosztować od kilku do maksymalnie kilkunastu złotych, a naprawdę warto! ręczę za to głową! należy tylko wybrać takie, które ma jak najmniej tłuszczu i dobrze, żeby gdzieś w nazwie miało "crudo", czyli: surowe. (*obsługa powinna umieć tak pokroić prosciutto, aby plasterki były niemal przeźroczyste).
  • photo: www.lasrecetascocina.com
  • pasta z pesto - makaron trzeba koniecznie kupić włoski (polski to zupełnie inna bajka), polecam firmy Barilla i De Cecco, rodzaj dowolny, co kto lubi - moja ulubiona to fusilli :); pesto natomiast to taki gęsty sos bazyliowy na oliwie, sprzedawany w małych słoiczkach - znajdziecie je w każdym hipermarkecie; pesto są różne: zielone, czerwone, z dodatkami, na początek polecam jednak klasyczne zielone wyłącznie bazyliowe - ma najmocniejszy, bardzo specyficzny smak; i jeszcze jedno - warto sięgnąć po to z wyższej półki, za kilkanaście złotych, potem zawsze możecie spróbować zrobić własne :). Pastę gotujemy w osolonym wrzątku tak długo, jak podaje instrukcja, następnie odcedzamy i przerzucamy z powrotem do garnka, gdzie mieszamy z pesto bardzo dokładnie, ale delikatnie - każdy kawałek makaronu musi być "upestowiony", ale nie chcemy żadnego uszkodzić. Przerzucamy na talerz, możemy posypać parmezanem i jest gotowe i pyszne :)
  • photo: www.lavazza.com
  • shakerato - przygotowujemy: espresso, kostki lodu, trochę cukru, shaker lub nieduży termos i kieliszek do martini; espresso wlewamy do shakera/termosu wypełnionego kostkami lodu i dodajemy cukier (opcjonalnie, ja polecam), a następnie zamknięte BARDZO intensywnie wstrząsamy przez 1-2 minuty (ale całe z zegarkiem w ręku! inaczej nici z efektu); gotowe nalewamy do kieliszka: powinno być zimne i zakończone obfitą i bardzo gęstą pianką - można je potraktować jako deser :)
No, to smacznego i do zobaczenia wkrótce :) /zdjęcia dorzucę rano/

Kolacja albo Martwa natura

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...