Jak wiecie, pewien czas temu zaczęłam piec w domu chleb na zakwasie. Pierwsze próby były bez wyjątku udane: chleb był puszysty, lekko wilgotny, bardzo smaczny i z chrupiącą skórką. Myślałam, że to zupełnie normalne i że trzeba się bardzo postarać, żeby wypiek się nie udał. Upiekliśmy całkiem sporo bochenków, obdarowaliśmy na święta sąsiadów, rodzinę itd. Niestety, pewnego styczniowego dnia, kiedy otworzyłam miskę z zakwasem, żeby go dokarmić, na wierzchu spostrzegłam dwa tłuściutkie różowe robaki. Z ogromnym żalem cały zakwas wylałam i zabrałam się za nowy z tej samej mąki. Kiedy nabierałam ją do filiżanki, na brzegu osiadło coś jak pajęczynka zlepiona z mąką - wysypałam to na deskę, przejrzałam i: robak. Zarówno to opakowanie, jak i pozostały zapas z tej samej serii poszedł do wyrzucenia. Wzięłam opakowanie z innym numerem seryjnym i chociaż nic tym razem nie wskazywało na zanieczyszczenie pasażerami, przesypałam część mąki przez gęste sito, założyłam na oko lupę jubilerska (mam po pradziadku i bardzo ją lubię, w takich sytuacjach jest nieoceniona), usiadłam pod lampką i zaczęłam przeglądać cienkie warstwy proszku. To, co zobaczyłam, poraziło mnie: batalion malusieńkich larw, niewiele większych niż drobinki mąki. Gdybym z tej mąki zrobiła zakwas, niechybnie już po kilku dniach miałabym całą hodowlę robaków.
Pozbyliśmy się wówczas całego zapasu mąki. Zakupiliśmy nową, innego producenta i w innym sklepie i całą zabawę zaczęliśmy od nowa nadal pełni entuzjazmu. Zrobiliśmy nowy zakwas, dokarmialiśmy go ponad tydzień, żeby dobrze się ukwasił i wreszcie przyszedł dzień, w którym mogliśmy znowu upiec własny chleb. Niestety, rozczarowaliśmy się na każdym etapie pieczenia: najpierw ciasto nie wyrosło podczas wyrastania, potem prawie się nie powiększyło podczas pieczenia, następnie okazało się, że skórka była prawie przypalona, a środek niedopieczony, a na koniec smak - był największym rozczarowaniem. Powtórzyliśmy pieczenie kilka razy: kombinowaliśmy z ustawieniami piekarnika, zmienialiśmy mąkę i proporcje składników - za każdym razem chleb był niewyrośnięty, miał przypieczoną skórkę i mokre wnętrze. Tak nas to zniechęciło, że straciliśmy całą radość z pieczenia własnego chleba. Co to za przyjemność, jeśli potem trzeba jeść takie gorzkawe i mokrawe coś. Teraz w lodówce od kilku tygodni stoi pojemnik z zakwasem, który tylko co jakiś czas przelewamy do innego naczynia, bo akurat to czy inne jest nam do czegoś potrzebne. Nie mamy czasu na pieczenie, nie mamy ochoty na rozczarowanie. Przygoda się skończyła.
Żeby nie było tak zupełnie smutno, dodaję kilka zdjęć ostatniego wypieku - tego nie widać, ale to chleb w dużej mierze pszenny... Na ostatnim zdjęciu widać, jak Hugomir pozuje razem z bochenkiem ;)
Dla porówniania, tak wyglądał nasz naprawdę udany wypiek.








