Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 marca 2011

Domowy chleb na zakwasie - problemy z mąką

Jak wiecie, pewien czas temu zaczęłam piec w domu chleb na zakwasie. Pierwsze próby były bez wyjątku udane: chleb był puszysty, lekko wilgotny, bardzo smaczny i z chrupiącą skórką. Myślałam, że to zupełnie normalne i że trzeba się bardzo postarać, żeby wypiek się nie udał. Upiekliśmy całkiem sporo bochenków, obdarowaliśmy na święta sąsiadów, rodzinę itd. Niestety, pewnego styczniowego dnia, kiedy otworzyłam miskę z zakwasem, żeby go dokarmić, na wierzchu spostrzegłam dwa tłuściutkie różowe robaki. Z ogromnym żalem cały zakwas wylałam i zabrałam się za nowy z tej samej mąki. Kiedy nabierałam ją do filiżanki, na brzegu osiadło coś jak pajęczynka zlepiona z mąką - wysypałam to na deskę, przejrzałam i: robak. Zarówno to opakowanie, jak i pozostały zapas z tej samej serii poszedł do wyrzucenia. Wzięłam opakowanie z innym numerem seryjnym i chociaż nic tym razem nie wskazywało na zanieczyszczenie pasażerami, przesypałam część mąki przez gęste sito, założyłam na oko lupę jubilerska (mam po pradziadku i bardzo ją lubię, w takich sytuacjach jest nieoceniona), usiadłam pod lampką i zaczęłam przeglądać cienkie warstwy proszku. To, co zobaczyłam, poraziło mnie: batalion malusieńkich larw, niewiele większych niż drobinki mąki. Gdybym z tej mąki zrobiła zakwas, niechybnie już po kilku dniach miałabym całą hodowlę robaków.
Pozbyliśmy się wówczas całego zapasu mąki. Zakupiliśmy nową, innego producenta i w innym sklepie i całą zabawę zaczęliśmy od nowa nadal pełni entuzjazmu. Zrobiliśmy nowy zakwas, dokarmialiśmy go ponad tydzień, żeby dobrze się ukwasił i wreszcie przyszedł dzień, w którym mogliśmy znowu upiec własny chleb. Niestety, rozczarowaliśmy się na każdym etapie pieczenia: najpierw ciasto nie wyrosło podczas wyrastania, potem prawie się nie powiększyło podczas pieczenia, następnie okazało się, że skórka była prawie przypalona, a środek niedopieczony, a na koniec smak - był największym rozczarowaniem. Powtórzyliśmy pieczenie kilka razy: kombinowaliśmy z ustawieniami piekarnika, zmienialiśmy mąkę i proporcje składników - za każdym razem chleb był niewyrośnięty, miał przypieczoną skórkę i mokre wnętrze. Tak nas to zniechęciło, że straciliśmy całą radość z pieczenia własnego chleba. Co to za przyjemność, jeśli potem trzeba jeść takie gorzkawe i mokrawe coś. Teraz w lodówce od kilku tygodni stoi pojemnik z zakwasem, który tylko co jakiś czas przelewamy do innego naczynia, bo akurat to czy inne jest nam do czegoś potrzebne. Nie mamy czasu na pieczenie, nie mamy ochoty na rozczarowanie. Przygoda się skończyła.

Żeby nie było tak zupełnie smutno, dodaję kilka zdjęć ostatniego wypieku - tego nie widać, ale to chleb w dużej mierze pszenny... Na ostatnim zdjęciu widać, jak Hugomir pozuje razem z bochenkiem ;)





niedziela, 10 października 2010

Jak włączyłam alarm przeciwpożarowy w angielskim mieszkaniu

Podróże to dla mnie i dla Kuby czas kulinarnego swawolenia i chociaż za granicą musimy często uważać na każdy grosik, staramy się jeść pysznie. We Włoszech jadamy tradycyjne włoskie śniadanie, czyli kawę i brioszkę (we Francji mówią na to samo croissant ;). W Anglii jeszcze nie udaliśmy się na śniadanie angielskie i jemy zazwyczaj to samo, co we Włoszech, tylko na ciepło + zupę mleczną. Tym razem jednak tak bardzo staraliśmy się oszczędzać, że nie kupowaliśmy rogalików z czekoladą i w końcu bardzo zaczęło mi tego brakować. Tak się złożyło, że pewnego dnia zakupiłam na jakiejś promocji wielkie opakowanie czekoladowych muffinków i następnego ranka wpadłam na świetny pomysł: a czemuż by nie podgrzać ich mikrofali tak, jak rogaliki? Będą pyszne i cieplutkie, prawda? No więc włożyłam dwa muffiny do mikrofalówki, nastawiłam czas na 3 minuty i poszłam do pokoju, aby spokojnie wypić kawę. Siedzimy sobie przy stole, sączymy, a tu nagle...
PIIII PIIII PIIII PIIII PIIII!!!!!!
Przenikliwy, głośny, wręcz rozdzierający pisk rozległ się w całym mieszkaniu. Kuba zapytał, czy te muffinki włożyłam w papierkach. No, tak... Poleciałam pędem do zadymionej kuchni. Otworzyłam wszystkie okna i drzwi - uff... na szczęście przestało... Podskoczyłam do mikrofali i uchyliłam drzwiczki, a tu BUH!! kłęby dymu i znowu: PIII PIII PIII PIII... Otworzyłam wszystkie okna w mieszkaniu, ale przeraźliwe piszczenie nie ustawało. Co więcej - teraz było je słychać w całej dzielnicy, a gdzieś na horyzoncie słuchu pojawiło się wycie syreny wozu strażackiego. Zbladłam: i jak ja to teraz wytłumaczę? że nie umiem obsługiwać mikrofalówki? bo ja, panie władzo, jestem blondynka?

Koniec końców okazało się, że alarm przeciwpożarowy nie jest połączony ze strażą pożarną i to nie do nas jechał tamten wóz :). Piszczenie w końcu ustało i cała przygoda skończyła się wyrzuceniem muffinów do ubikacji i dłuuugim wietrzeniem.
Co ciekawe, papierki były nienaruszone, za to ciasteczka stopiły się jak świeczki...
:)

ps. Przy okazji - czy ktoś wie, dlaczego kiedy wchodzę na mojego bloga, wyskakują mi na środek ekranu jakieś reklamy? Nigdzie niczego takiego nie ustawiałam i strasznie mnie to irytuje i zastanawia. Też tak macie?

czwartek, 26 sierpnia 2010

Kulinaria włoskie, czyli: Już za rok wakacje, część II

Kuba twierdzi, że nie powinnam zadręczać ewentualnych czytelników tyloma zabytkami (tak, a mnie to kto tymi zabytkami zadręczał przez całe dwa tygodnie...? no kto?). Więc dzisiaj będzie o sposobie wakacjowania we Włoszech - takim jednocześnie na polską kieszeń i jednocześnie bardzo wydajnym, tzn. o campingu, i o JEDZENIU, JEDZENIU i jeszcze raz JEDZENIU :). W podróż wyjechaliśmy czternastoletnim czerwonym escortem. Co prawda, trochę szwankował - a to chłodnica, a to akumulator, a to niezidentyfikowany obiekt wirujący, ale dał radę i dzielnie przewiózł nas przez tych ładnych kilka tysięcy kilometrów :). Warto zaznaczyć, że taki sposób podróżowania jest opłacalny, o ile mamy napęd na gaz, natomiast komfort podróżowania własną bryczką jest nieoceniony - plany i trasy zmienialiśmy dowolnie z dnia na dzień, a nawet z godziny na godzinę.


Gotowanie obiadu w drodze powrotnej do Polski
Wakacje w słonecznej Italii, nawet pod namiotem, do tanich nie należą, ale z pewnością są bardzo dobrym rozwiązaniem, żeby nie wydać fortuny. Ceny na campingach bardzo się różnią - najdroższe są wzdłuż wybrzeży, a im bardziej w głąb kraju, tym przyjaźniej - i wahają się od dwudziestu do trzydziestu kilku euro za noc (za dwie osoby z dużym namiotem + samochód). Standard campingów też jest zróżnicowany i z naszych doświadczeń póki co wynika, że o dziwo im tańszy tym lepszy. Nasz pierwszy przystanek namiotowy był w Volterze, gdzie zatrzymaliśmy się na trzy dni - dosłownie cudem zdążyliśmy na ostatnie miejsce wystarczające dla dwóch namiotów (tak, dwóch, bo było nas dwie pary - nie wspominałam o tym wcześniej? ach, to pewnie dlatego, że to jeden z mniej udanych pomysłów na ten wyjazd ;). Kiedy namioty stały już w pełnej okazałości i zabraliśmy się za przygotowywanie kolacji, zupełnie niespodziewanie okazało się, że nikt nie pomyślał o wzięciu ze sobą soli... Przy tej okazji zapoznaliśmy się więc z holenderskimi sąsiadami posiadającymi mnóstwo niezwykle jasnowłosych (i jednocześnie niezwykle ciemnoskórych) dzieci. Sól bowiem była konieczna, a to dlatego, że na kolacje (i to wszystkie) jadaliśmy pastę, czyli makaron. Tym razem była to pasta z pesto - jedno z najpyszniejszych dań pod słońcem, szczególnie, że pesto było domowej produkcji, zakupione tego samego dnia w drodze przez Chianti. No i, naturalnie, winko, też Chianti - w końcu to włoska kolacja miała być :). Przez kolejne dni sposoby podania pasty się zmieniały, głównie jednak używaliśmy gotowych sosów pomidorowych z dodatkami - to był kolejny feler: podczas poprzednich wakacji żywiliśmy się zupełnie inaczej, ale dogadać się w dwie osoby a w cztery, to jednak spora różnica.

droga przez Chianti - po bokach winnice
Mniejsza z tym, odbijaliśmy sobie obiadami w ciągu dnia, a każdy dzień spędzaliśmy na intensywnym zwiedzaniu. W związku z tym do wyboru mieliśmy żywienie się włoskim fastfoodem, czyli pizzą lub piadinami, albo suchy prowiant. We Włoszech wspaniałe jest to, że w każdej mieścinie można dostać pizzę na wynos w kawałkach i za 2 do 4€ najeść się nią do syta (im mniej turystyczna mieścina, tym lepsza pizza i w niższej cenie): wchodzi się do takiej pizzerii, w której pan co chwilę wyciąga ogromne i zawsze różne pizze prosto z pieca i tnie je na kawałki, które następnie sprzedaje osobno. Pychota! Piadina natomiast to taka sucha tortilla z czymś w środku: to coś zazwyczaj sprowadza się do jednego plastra szynki, ale bywają też bardziej wypasione; kosztują mniej więcej tyle samo, co pizza na kawałki.
Najpyszniejszy jednak z możliwych obiad to taki, jakim nie pogardziliby sami Włosi: kiedy mieliśmy już dość wżerania fastfoodów, a to nastąpiło dość szybko, robiliśmy rano w sklepie następujące zakupy:
  • 1 melon
  • 6-10 plastrów prosciutto
  • mozarella lub ricotta (najsmaczniejsze są te na wagę, produkowane gdzieś na miejscu)
  • czasem gorgonzola lub inny pleśniak
  • kilka pomidorów lub pomidorków
  • jakieś pieczywko
  • wino w kartoniku
Włoskie wino w kartonie to absolutnie nie takie melejstwo jak u nas! To po prostu wino stołowe :) Najczęściej pije się je zmieszane z wodą i tak też my je piliśmy - mmm, niebo w gębie, kiedy się siedzi na trawniku i wcina smakowite włoskie pomidory z wyśmienitymi serami. Melona jedliśmy z prosciutto jako pierwsze danie, potem całą resztę jako drugie. Po obiedzie obowiązkowo kawa w jakiejś kawiarni! Włosi piją kawę właściwie wyłącznie czarną, z wyłączeniem śniadaniowej, ja jednak - wykazując się niezwykle barbarzyńskimi obyczajami - pijałam uparcie latte lub cappuccino :). Raz spotkałam się jednak z bardzo ciekawym sposobem podania czarnej kawy, który potem skutecznie rywalizował z białą - nazywało się toto SHAKERATO i było zwykłym espresso z cukrem, wlanym do shakera wypełnionego kostkami lodu, porządnie wytrząśniętym i podanym w kieliszku do martini. Smakowało cudnie! I było jedynym znanym większości barmanów i barmanek sposobem na serwowanie zimnej kawy (taka z lodami uznana byłaby prawdopodobnie za zamach na świętą cześć kawy).
No to zostało jeszcze śniadanie - było proste i zawsze takie samo: kawa z mlekiem i briosch, czy rogalik z francuskiego ciasta (dla niektórych croissant). Mój ulubiony - czekoladą i naturalny :) Na ostatnie śniadanie, na stacji benzynowej tuż przed wyjazdem z Włoch pochłonęłam dwa :)

wystawa sklepu z serami
stoisko owocowe w sklepie typu Avita
  
Kuchnia jest niezwykle istotnym składnikiem wakacji we Włoszech. Wiele rzeczy jest tam absolutnie wyjątkowych, jak tamtejsze owoce czy sery, ale część można dostać i u nas, aby przyrządzić sobie prawdziwie włoskie potrawy. Trzy przykłady podam jako pamiątkę z wakacji:
photo: www.prosciuttorecipes.com
  • melon z prosciutto - dla niektórych zapewne zaskakujące połączenie, ale nie znam osoby, która nie zachwyciłaby się tym prostym daniem; należy zakupić bardzo dojrzałego melona (trzeba wąchać go przy zadku - jeśli zapach jest intensywny, to melon jest dojrzały) i kilka plastrów prosciutto; melona obieramy ze skóry, kroimy na kawałki i wkładamy na dłuższą chwilę do lodówki, aby dobrze schłodniał; podajemy z plastrami prosciutto rozłożonymi na talerzu, można w towarzystwie dobrej oliwy i świeżo mielonego pieprzu, ale to niekoniecznie - uwaga: prosciutto to włoski rodzaj szynki, którego nie sposób podmienić żadną polską wędliną! i nie kupi się go w osiedlowym wędliniaku; najlepiej wybrać się po nie do "lepszego" hipermarketu (np. typu Alma czy Bomi, można też liczyć na Carrefoure'a, a nawet ostatnio na Tesco, w żadnym razie natomiast na Auchan), jego cena może początkowo przerażać - 90 do stukilkudziesięciu złotych za kg - ale pamiętajcie, że potrzebujecie tylko kilku cieniusieńkich plasterków*, które będą kosztować od kilku do maksymalnie kilkunastu złotych, a naprawdę warto! ręczę za to głową! należy tylko wybrać takie, które ma jak najmniej tłuszczu i dobrze, żeby gdzieś w nazwie miało "crudo", czyli: surowe. (*obsługa powinna umieć tak pokroić prosciutto, aby plasterki były niemal przeźroczyste).
  • photo: www.lasrecetascocina.com
  • pasta z pesto - makaron trzeba koniecznie kupić włoski (polski to zupełnie inna bajka), polecam firmy Barilla i De Cecco, rodzaj dowolny, co kto lubi - moja ulubiona to fusilli :); pesto natomiast to taki gęsty sos bazyliowy na oliwie, sprzedawany w małych słoiczkach - znajdziecie je w każdym hipermarkecie; pesto są różne: zielone, czerwone, z dodatkami, na początek polecam jednak klasyczne zielone wyłącznie bazyliowe - ma najmocniejszy, bardzo specyficzny smak; i jeszcze jedno - warto sięgnąć po to z wyższej półki, za kilkanaście złotych, potem zawsze możecie spróbować zrobić własne :). Pastę gotujemy w osolonym wrzątku tak długo, jak podaje instrukcja, następnie odcedzamy i przerzucamy z powrotem do garnka, gdzie mieszamy z pesto bardzo dokładnie, ale delikatnie - każdy kawałek makaronu musi być "upestowiony", ale nie chcemy żadnego uszkodzić. Przerzucamy na talerz, możemy posypać parmezanem i jest gotowe i pyszne :)
  • photo: www.lavazza.com
  • shakerato - przygotowujemy: espresso, kostki lodu, trochę cukru, shaker lub nieduży termos i kieliszek do martini; espresso wlewamy do shakera/termosu wypełnionego kostkami lodu i dodajemy cukier (opcjonalnie, ja polecam), a następnie zamknięte BARDZO intensywnie wstrząsamy przez 1-2 minuty (ale całe z zegarkiem w ręku! inaczej nici z efektu); gotowe nalewamy do kieliszka: powinno być zimne i zakończone obfitą i bardzo gęstą pianką - można je potraktować jako deser :)
No, to smacznego i do zobaczenia wkrótce :) /zdjęcia dorzucę rano/

Kolacja albo Martwa natura

czwartek, 8 lipca 2010

Kulinarnie - co można zrobić z wiśniami



Skoro nie mam na razie nic dzierganego do pokazania, a zapowiedziałam temat zdjęciami, będzie kulinarnie. Zdjęcie nawet się udało, myślę, że wygląda całkiem smacznie :). Głównym bohaterem są wiśnie, ale o nich na końcu. Całe danie było ukoronowaniem kolejnego dnia zwiedzania Wawelu, jakoś w czerwcu w te ogromne upały. Może być podane na zimno i na gorąco, w obydwu wersjach pychota, do tego w przygotowaniu szybkie i proste.

Składniki (proporcje wg uznania):

  • chiński makaron ryżowy lub sojowy - przygotowany na wodzie gotowanej przez kilka minut z zielem angielskim i liściem laurowym (chociaż Kuba za zielem nie przepada, ja uważam, że nadaje makaronowi niepowtarzalny zapach i egzotyczny posmak),
  • łosoś wędzony (dla oszczędności mogą być brzuszki, dla podniebienia mięsko, płatów nie próbowałam, ale pewnie też by dały radę),
  • brokuły ugotowane na parze - bardzo ważne, aby nie gotować ich zbyt długo - najlepsze są jeszcze lekko twardawe, ale już smakowite,
  • cebulka zeszklona na złoto,
  • kapary (jeśli ktoś lubi - Kuba tak, ja nie),
  • pokruszona feta,
  • roztarty szpinak przyrządzony z solą, pieprzem i czosnkiem - lub jak kto lubi,
  • kremowy jogurt naturalny - polecam wymieszany z odrobiną cukru i soku z cytryny oraz z ziołami prowansalskimi,
  • koniecznie wytrawne wino do picia (ja do tej potrawy preferuję czerwone, chociaż wydawałoby się, że białe będzie bardziej na miejscu),
  • w przypadku braku wina lub możliwości skorzystania z niego: gorąca lub chłodna zielona herbata - w tym przypadku polecam senchę,
  • i wiśnie...
Wszystkie składniki oprócz wiśni są właściwie improwizacją, którą można dowolnie modyfikować. Natomiast same wiśnie wykorzystałam już po raz kolejny przygotowane w ten sam sposób i są pyszne :). Należy wziąć dwie garście wiśni (ja mam mrożone), wrzucić do małego rondelka postawionego na średnim ogniu i dorzucić ze dwie lub trzy łyżeczki cukru (ja używam trzcinowego) tak, aby nie przesłodzić - chodzi jedynie o to, by złamać kwaśność wiśni. Zawartość rondelka trzeba od czasu do czasu przemieszać, a kiedy wiśnie puszczą sok trzeba mieszać cały czas, żeby cukier nie skarmelizował się w soku na gorącym dnie. Mikstura jest gotowa, kiedy wiśnie są miękkie, a sok z cukrem utworzą jednolity sos. Doskonale nadaje się jako dodatek do mięs i innych potraw np. zamiast żurawiny lub do lodów i innych deserów jako sos, a ponieważ ma piękny rubinowy kolor świetnie sprawdza się jako dekoracja. Tylko nie radzę zbyt intensywnie próbować przed podaniem: istnieje realne niebezpieczeństwo, że nasze wiśnie znikną zanim się spostrzeżemy. Na szczęście zawsze można je bardzo szybko zrobić od nowa.


Smacznego :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...