Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miscellanea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miscellanea. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lutego 2014

Entrelak, owce i ciekawy artykuł dla psiarzy

Dzisiaj krótko, za to dziewiarsko, chociaż to dopiero za chwilę. Na początek pochwalę się wam upolowanym wczoraj owczym podkoszulkiem. Uważam, że mają bardzo akuratny deseń ;)
A teraz chciałabym wam polecić wpis na innym blogu, który dotyczy pewnych problemów z osobami adoptującymi zwierzęta z przytulisk. Zapewne każda z was albo sama wzięła kiedyś jakieś zwierzę ze schroniska albo zna osoby, które mają adoptowane zwierzaki. A może myślicie lub znacie kogoś, kto myśli przygarnięciu jakiegoś szczekacza lub kociej skórki. Dlatego pomyślałam, że podlinkowany wyżej wpis warto wam udostępnić i w ten sposób poszerzyć grono osób, które będą zdawały sobie sprawę z pewnych rzeczy towarzyszących adopcji zwierzęcia. Oprócz tego jeden z kolejnych wpisów będzie opowiadał od tym, jak my adoptowaliśmy Szaszę (a było ciekawie...), i wpis na podlinkowanym blogu stanowi pewien kontekst. Cały Biały Jack jest wartościowym blogiem i tym spośród was, które posiadają psy, polecam poszerzoną lekturę.

A nowin dziewiarskich: skończyłam już entrelakową chustę dla Kuby i przypomniałam sobie, że z tej samej włóczki zrobiłam też pokrowiec na siodełko rowerowe, tj. tyłkogrzej, który tworzy z chustą świetny zestaw. Niestety, mój model unika ostatnio obiektywu, więc na razie nie mam zdjęć tamtych prac. Dlatego w zamian prezentuję zdjęcia upolowanych wczoraj owiec i poczwarkę kolejnego entrelaka, który mam na warsztacie. Tym razem będzie to prostokątny szal, który dziergam w celach charytatywnych dla fundacji, z której wzięłam Szaszę. (Dla zainteresowanych: kurs na prostokątny entrelak znalazłam tutaj)


-----------------------------------
A`propos poprzedniego wpisu: nie zawsze tak pracuje... Ale muszę przyznać, że - o ile nie tłumaczę tekstu naukowego - moja praca dość często właśnie tak wygląda ;)

środa, 7 grudnia 2011

Spot promujący Warszawę - update z właściwym filmem

O tym jest dzisiaj głośno! I dobrze, bo osoby, które są odpowiedzialne za tę padakę powinny dostać po garach. Chodzi o nowy spot, który ma promować Warszawę jako miasto-gospodarza w trakcie Euro 2012. Efekty specjalne, operowanie kamerą w stylu filmów z Bondem oraz powiewająca włosem blondynka i sportsmen z brzuchem -- to połączenie okazało się kompletną klapą, z której śmieje się teraz cała polska publiczność. Niestety, już wkrótce przestaniemy się śmiać, a zaczniemy się wstydzić, ponieważ spot będzie emitowany w całej Unii Europejskiej.

Co takiego sprawia, że film, który kosztował 500 tys. zł jest porażką? Po kolei. Najpierw prezentacja:
update: poprzednio Gazeta wrzuciła mi zły link. No, to idzie z YouTube'a



  1. Pierwsza rzecz, na którą zwróciła uwagę opinia publiczna, to przesycony seksualnym podtekstem przekaz spotu. Fabuła filmu jest prosta: mężczyzna, zauważywszy uprawiającą jogging kobietę, zaczyna ją gonić. I goni ją tak przez całą Warszawę, aż w końcu okazuje się, że pora skończyć poranny pościg, ponieważ zbliża się godzina spotkania biznesowego. Na spotkaniu pojawia się -- jakżeby inaczej -- ta sama blondynka z długim włosem, tym razem jednak ubrana w super-obcisłą czerwoną mini.

    Jak ten wątek komentują widzowie? Cytuję moje ulubione: "Brawo! Promujmy Polskę jako miejsce turystyki seksualnej!" oraz "Przed naszym zboczeńcem skoczysz nawet z mostu!"
    Według mnie to podsumowuje ten punkt. Chociaż nie. Podsumowaniem jest jedna z przeróbek spotu:



  2. Recz druga, to pojawiające się w różnych ujęciach w spocie loga i nazwy konkretnych firm. W przypadku zamierzonego działania taki zabieg nazywa się lokowaniem (ang. product placement) i służy celom reklamowym, lecz na takich spotach jak warszawski wszystkie tego rodzaju elementy powinny zostać usunięte w procesie postprodukcji. Dodatkowo, za lokowanie produktu właściciel marki płaci -- tak jak za każdą inną formę reklamy. Według specjalisty ds. reklamy wizualnej (wywiad dla którejś ze stacji radiowych) lokowanie w takim spocie, jak ten promujący Warszawę, jest warte od kilkudziesięciu tysięcy złotych w górę, ponieważ zasięg tego filmiku jest ogromny: teraz ogólnopolski, a już wkrótce -- europejski. Czy warszawskie firmy dołożyły się do sfinansowania spotu? Zapytana o to urzędniczka z ekipy odpowiedzialnej za spot powtarzała w kółko, że ze strony Urzędu Miasta Warszawy pozostawienie log i nazw marek nie było działaniem komercyjnym. To oznacza, że padaczny film został w całości ufundowany z pieniędzy publicznych. Urzędniczka użyła jeszcze jednego, ciekawego argumentu: (wolny cytat) przecież wszyscy znamy miasto i wiemy gdzie jakie firmy się znajdują, ich banery i loga są normalnym widokiem w tych miejscach, więc ona nie widzi powodu, dla którego na ujęciach w spocie promocyjnym powinny zostać wymazane. No cóż...
  3. Trzeci wada spotu to brak neutralności płciowej. Co mam na myśli? Np. to, że na filmie facet jest szybszy, zręczniejszy i stać go na więcej niż kobietę: jeśli on wykona coś w rodzaju salta (bo salta sensu stricto taki grubas by nie zrobił), to ona co najwyżej przeskoczy przez barierkę (chociaż jest szczupła i wygląda na wysportowaną). Ale przede wszystkim -- przyjrzyjcie się dokładnie ostatniej scenie: laska w obcisłej czerwonej kiecce i facet, który lustruje ją wzrokiem od dołu do... no właściwie gdzieś do wysokości biustu, a potem wystawia ocenę. Kobieta jest tu sprowadzona do obiektu seksualnego. I chociaż w naszej na wskroś patriarchalnej kulturze taki obrazek jest zupełnie powszedni, w tym konkretnym filmie jest tak wyraźny, wręcz demonstracyjny, że zauważyła to prawie cała, nawet męska, publiczność.
  4. Kolejny minus -- motyw biegu, na którym oparta jest reklama, został ściągnięty ze spotów promujących Londyn jako gospodarza letnich igrzysk olimpijskich 2012. Szkoda tylko, że zrobiono to w tak kiepskim stylu. Film o Londynie jest wielowarstwowy, lekki i chwytliwy. Pokazuje miejsca charakterystyczne dla miasta (a nie katalog najnowszych budowli, jak w Warszawie). I nie dyskryminuje: angażuje kobiety, mężczyzn, dzieci, uwzględnia różnorodność rasową mieszkańców miasta (my mniejszości narodowe zamiatamy pod dywan), obecność osób starszych (u nas przecież nie ma ludzi po pięćdziesiątce, a takich, którzy przekroczyli 60 można znaleźć tylko na wykopaliskach archeologicznych), osoby niepełnosprawne (nooo, przecież ułomnych nie będziemy pokazywać, zresztą takich też nie mamy). W ogóle londyński spot oparty jest na ludziach -- pokazuje, że Londyn to miejsca, ale też mieszkańcy.
    Natomiast Warszawa ze spotu jest miastem ścian, dachów i stadionów. Zresztą, same oceńcie różnicę:

czwartek, 10 listopada 2011

Włoskie dźwięki

Pomyślałam, że skoro jesteśmy we Włoszech, to oprócz zdjęć i relacji podrzucę wam coś dla ucha. Tak brzmią moje Włochy.



---

tonko, jeśli masz ochotę na więcej, to możesz poczytać też relację z zeszłorocznych wakacji we Włoszech (posty znajdziesz w archiwum w sierpniu) -- zdjęcia gorsze, ale więcej ;) a ciąg dalszy tego roku nastąpi, mam nadzieję, wkrótce.

pimposhko, w takim razie musisz koniecznie wrócić do Toskanii i nadrobić tę wizytę! Lunch na schodach duomo to punkt obowiązkowy zwiedzania. Tak, San Gimignano jest warte zobaczenia i myślę, że Ci się spodoba.
A studiuję polonistykę i bohemistykę, anglistyka na UJ ma deprymująco niski poziom ;/. Więc dzięki za komplement, staram się :). Fascynuje mnie ten język tym bardziej, im dłużej się go uczę (prywatnie). Chciałabym w przyszłym roku wyjechać na Erasmusa do Anglii, ale muszę najpierw postarać się o podpisanie umowy z ulubionym uniwersytetem -- możesz trzymać kciuki ;).
No i Shelley. Wiesz, to jest właśnie różnica między Waszymi i Naszymi instytucjami kulturalnymi: gdyby Biblioteka UJ miała takie znaleziska, zamknięto by je głęboko w skarbcu za siedmioma drzwiami, żeby broń boże nikt nie mógł ich zobaczyć; zresztą mało kto umiałby je tam docenić. Ciekawam tych notatek i chyba się kiedyś wybiorę je obejrzeć :)). No i jak właśnie sprawdziłam, Shelley leży jednak w Rzymie, więc miałam błędną informację. Za to wynalazłam ciekawostkę, że pod tym pizańskim cmentarzem odkryto 21 starożytnych okrętów, co ma dowodzić, że Piza miała kiedyś leżeć nad brzegiem morza i funkcjonować jak Wenecja. Zawsze coś ;)

sobota, 10 września 2011

Przegląd sieci || An internet review

Nie mam zupełnie czasu na pisanie teraz nowych postów. Nauka trwa całymi dniami, ale w przerwach przeglądam sieć w poszukiwaniu rzeczy, na których mogę przyjemnie zawiesić oko. Pomyślałam, że będę wam podrzucać co ciekawsze linki. Dzisiaj głębszy oddech -- Szklany Dom Philipa Johnsona:

I have absolutely no time whatsoever for writing new entries. Studying takes all days but while having a break I browse the net in search of things that are pleasing to the eye. I've thought I could drop round some more interesting links here for you. Today a deeper breath -- the Philip Johnson's Glass House:

Zdjęcia pochodzi z Wikipedia Commons. || The photos are from the Wiki Commons.

Aby zoczabyć więcej kliknij 'Czytaj dalej'.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Łososiowy

THE SALMON-PINK


Jeszcze ocieram łzy z oczu. Na jednym z blogów stanikowych przeczytałam komentarz, który stanowi doskonałą anegdotę. Śmiałam się tak głośno, że chyba nawet sąsiedzi mnie słyszeli. No i muszę się tym z wami podzielić ;) Uwaga, cytat:

Może to nie łosoś, ale i tak mi się
podoba, zwłaszcza odkąd ją mam ;)
Mayby it's not salmon-pink, but I still
like it, especially since I have it ;)
Ostatnio mój Luby pyta o kolor koralika: ej, a ten Twój stanik to jest pomarańczowy czy różowy? - Łososiowy. Jak nie wiesz, czy różowy czy pomarańczowy to wtedy to jest łososiowy. - A, faktycznie. (No ciągle mu się zapominało, jak pytałam o kolor ściany znienacka to mówił że pomarańczowa. Jak teraz mnie olśniło: "ej, ta ściana ma kolor mojego stanika", to usłyszałam "No tak, ona jest łososiowa.")
Dzisiaj (4 dni później): a pamiętasz już jaki to łososiowy? - Bieliźniany. :D


I am still wiping away my tears. On a brafitting blog, I read a comment that is a perfect anecdote. I laughed so loud that probably even my neighbours heard me. And so I must share it with you ;) And now, the quotation:

My fiance has recently asked me about a colour of a bead: hey, this bra of yours, is it orange or pink? - Salmon-pink. If you can't recognize, if it's pink or orange, then it is salmon-pink. - Ah, right. (He would always forget this rule, and when I asked him suddenly about the colour of a wall, he used to say orange. This time I had a sudden thought: - hey, this wall is the same colour as my bra! - and I heard: - Well yes, it's salmon-pink.

Today (4 days later): - do you remember what kind of colour is the salmon-pink? - The underwear one. :D

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Naszyjnik zdesperowanej licencjatki

A NECKLACE OF A DESPERATE BACHELOR-GIRL

Nie mogę teraz dziergać, bo piszę licencjat - od miesiąca nic nowego nie zeszło z moich drutów. Od miesiąca nic nie wytworzyłam! I dzisiaj coś pękło - po prostu musiałam to zrobić:

I may not knit now, because I am working on my bachelor thesis - for a month nothing new left my needles. For a month I haven't made anything! And today something burst inside: I simply had to make this:


sobota, 6 sierpnia 2011

Jogurty Müller w Europie B

MÜLLER YOGHURTS IN THE SECOND-CLASS PART OF EUROPE

O tym, że Guinness po wywiezieniu z Irlandii smakuje inaczej, wie każdy miłośnik tego stouta. Nie myślałam jednak, że jest tak również z innymi, mniej "lokalnymi" produktami. A jednak.

The fact that Guinness tastes differently when transported outside Ireland is known to every enthusiast of this stout.  I did not, though, suppose this relates also to other, less "local" products. Yet it does.

W tym roku (jak w każdym) znowu odkryłam na Wyspach coś pysznego -- jogurty z kącikami owocowymi firmy Müller. Po dwóch tygodniach wcinania zupek chińskich i burgerów z frytkami (od święta) naszła mnie ogromna ochota na jogurt. W najbliższym sklepie na produkty Müllera była atrakcyjna promocja, więc zakupiłam od razu cztery sztuki. Po pierwszym opakowaniu, pozostałe trzy znikły bardzo szybko i od tego dnia zjadaliśmy po dwa  dziennie. Były fantastyczne: jogurt gładki w smaku, a konfitura... w malutkim rożku kryło się po kilka malin i jeżyn. Całych! I ten pyszny sos, w którym były zanużone, mmm... pychota! Smakowały jak prawdziwe, prosto z krzaka, tylko z zawiesistym sokiem.
Kiedy wracaliśmy do domu, wiedziałam, że będę poszukiwać tych deserów w Polsce. Widziałam inne produkty Müllera w sklepach, więc liczyłam na to, że i te się znajdą. No i znalazły się na pierwszych zakupach, co prawda kolor opakowania inny (niebieski zamiast zielonego), ale to przecież nie problem, ważne, żeby zawartość była taka sama.
Kiedy przedwczoraj przyjechaliśmy z zakupów, tuż po ich rozpakowaniu otworzyłam mój jogurt -- a miałam na niego ogromną ochotę już przy półce sklepowej i nie mogłam się doczekać. Przelałam zawartość rożka do jogurtu, zamieszałam łyżeczką, nabrałam, z zamkniętymi oczami włożyłam do ust i... otworzyłam oczy, a zamiast spodziewanego uśmiechu na mojej twarzy pojawił się wyraz rozczarowania. Deser smakował zupełnie inaczej niż w UK. Przyjrzałam się produktowi, który trzymałam w rękach: kilka kawałków rozdrobnionych malin i ciemnoróżowa breja udająca konfiturę, taki tani dżem.

This year (like each other one) I have found something delicious on the Isles - Müller Corner with fruits. After two weeks of eating instant soups and burgers with chips (once in a blue moon) I felt like having a yoghurt. Müller's products were on a very attractive special offer in the nearest grocery, so I bought four yoghurts of theirs at once. After opening the first one the rest disappeared very quickly and since then we ate these desserts twice a day. They were fantastic: the yoghurt was so creamy, and the preserve... in the little corner there were several raspberries and blackberries. Whole fruits! And this delicious sauce they were dipped in, mmm... yummy! The fruits tasted like real ones, just picked from the canes, but in a thick juice. When we were coming back to Poland, I knew I would look for these desserts here. I had seen other products of Müller in Polish stores so I was hoping that I would find these particular ones as well. And I did when doing the first major shopping, the packing colour was admittedly different (blue instead of green) but this didn't seem to be a problem; the only thing that mattered was that content should have been the same.
When the day before yesterday we came back home, just after unpacking the shopping, I opened up my yoghurt -- I dreamed about it since I discerned it on the store shelf and I couldn't have waited. I poured the fruit corner content to the yoghurt, stirred it with a tea spoon, scooped up, with my eyes closed I put it in my mouth and... I opened my eyes. Instead of an expected smile, on my face there appeared an expression of disenchantment. The dessert tasted completely different than in UK. I took a closer look of the product I was holding in my hands: few bits of ground raspberries and a dark pink goo pretending to be a preserve, like a cheap jam.

Zadałam sobie pytanie, z czego wynika taka różnica w jakości i smaku tego samego produktu tej samej firmy w Polsce i na Wyspach. Owoce u nas są z reguły smaczniejsze, mleko mamy w porządku, koszty produkcji niższe -- no, to w czym problem? Sprawdziłam miejsce produkcji: BYL (co to znaczy?!) i jakieś cyferki, producent: Molkerei Alois Müller ... Arestried, Niemcy. I wtedy do mnie dotarła cierpka prawda - mieszkam w Europie B. Naturalnie, byłam świadoma tego, że u nas produkty globalnych marek są gorszej jakości niż w państwach Europy Zachodniej, mimo że płacimy za nie zupełnie porównywalne kwoty: proszki do prania gorzej piorą, kawa jest mniej kawowa, makaron był nawet kiedyś (całkiem niedawno) przez Włochów dociążany mąką zawierającą metale ciężkie, żeby można było pakować mniej do paczek. A jednak nie spodziewałam się tego po jogurcie, za który płacę w Polsce 2 zł, a w Szkocji kosztował £2 za 4 sztuki (£1 ~ 4,60 zł, czyli płacimy za te desery prawie tyle samo). Nastawienie producenta przedstawia się zatem następująco: Polacy są przyzwyczajeni do gorszej jakości, więc można im ją sprzedać w tej samej cenie, w jakiej Brytyjczykom sprzedajemy lepszą.

I have asked myself a question, what is the reason of the colossal difference between the quality and taste of the same product, the same brand, in Poland and in UK. The fruits are usually more tasty here than there, our milk is ok and plenty, costs of production are lower -- so what's the problem? I checked the place of production: BYL (what does it mean?!) and some figures; producer: Molkerei Alois Müller ... Arestried, Germany. And just the bitter truth got through to me: I live in the worse part of Europe. Naturally, I was aware that global brands products are of lower quality here than in Western Europe, even though we pay the same or more for them: the washing powders wash worse, the coffee is less coffee, there was a time (and it wasn't long ago) when Italians added a flour containing heavy metals to pasta exported to Poland, so that there was less pasta in a packet. But still, I had not expected the same of youghurts, for which in Poland I pay 2 PLN, and in Scotland £2 for 4 (£1 ~ 4,60 PLN = we pay for these desserts almost the same money). The company's attitude, therefore, presents like as follows: Poles are accustomed to bad quality, so we can sell it to them for the same price we sell Brits a better quality.

Zawiodłam się bardzo na tym jogurcie i na producencie. Firma Müller uświadomiła mi dobitnie, że jestem klientem drugiej kategorii, bo zarabiam w złotówkach.

I am very disappointed with the yoghurt and the company. The Müller firm has given me a simple communiqué: I am a second-class customer, because I earn in PLN.

---

Aktualizacja: o tym, że deser nazywa się w Polsce Müller Mix, a w UK Müller Fruit Corner zorientowałam się dopiero, kiedy zaczęłam dokładniej sprawdzać informacje o produkcie. Odmienna nazwa wydaje się być ciekawym sposobem na uniknięcie różnic w jakości produktu.

Update: that the dessert in Poland is named Müller Mix and in UK Müller Fruit Corner I have found out yet when I began to check the information about the product. The different name seems to be an interesting way to escape responsibility for differences in the product's quality.

---

Odpowiedzi:
Answers:

Jadziu, dziękuję. Sama myślę, że wyglądam jak skrzat przygotowany do walki o przetrwanie ;)

Dziękuję, Elżbieto, chyba nabieram wprawy.

Antonino, obiecuję więcej zdjęć od kolejnego posta. Ich znikoma liczba do tej pory wynika z tego, że miałam tradycyjny aparat na kliszę i tylko trzy filmy, więc początkowo bałam się robić zdjęcia, żeby nie zmarnować klatki; potem mi przeszło ;).
Często, kiedy nie mamy z Kubą czasu i możliwości dalszego wyjazdu, też wybieramy się gdzieś w okolice i te nasze wycieczki są bardzo podobne do Twoich, też bardzo je lubię. A może kiedyś też będziesz mogła wyruszyć gdzieś dalej.

Agato, będzie więcej, będzie - już od następnego posta :)

O, dzienniki z podróży są rewelacyjne! Samosiu, musisz go koniecznie przeczytać! Poza tym to świetne źródła dla badaczy kultury, historii, literatury... możesz powiedzieć córce, że jej diariusz będzie miał kiedyś ogromną wartość :)
Cieszę się, że udało Ci się ściągnąć Semele (niestety, dla niektórych przekład nadal jest niewidoczny). Bardzo chcę zobaczę gotową chustę, a jeśli się zgodzisz, to chętnie zaprezentuję ją i tutaj :)

poniedziałek, 11 lipca 2011

Będę slawistką! :D

Dzisiaj o godzinie 18:00 wyszarpałam z przeciążonego elektronicznego systemu rekrutacyjnego UJotu prześwietną wiadomość o tym, że dostałam się na filologię słowiańską :D. Cieszy mnie to bardziej niż wszystkie poprzednie studia, na jakie się dostałam, chyba dlatego, że wreszcie mam jakiś pomysł na kształcenie się i właśnie zaczyna mi się udawać jego realizacja. Co prawda, to jeszcze nie koniec, bowiem na slawistyce jest 5 wiodących języków do wyboru: bułgarski, czeski, chorwacki, serbski i słowacki. Zależy mi przebardzo na dostaniu się na bohemistykę (czeski), ale to zależy od liczby osób z lepszymi niż moje wynikami, ponieważ ta specjalność jest najbardziej oblegana. Zatem trzymajcie za mnie kciuki, jutro wpisuję się na studia - a jeśli nie czeski, to co innego? Pewne pomysły mam, ale nie są zupełnie sprecyzowane, wszystko się okaże :)

W sprawie Semeli - autoryzowana polska wersja jeszcze do mnie dzisiaj nie dotarła, prawdopodobnie będzie jutro. Żeby jednak nie przeciągać za nadto i nie ryzykować, że nie zdążę opublikować wyników Candy przed wyjazdem (jutro wieczorem), rozdawajka zostanie rozstrzygnięta jutro rano. Dobrej nocy i do jutra!

sobota, 18 czerwca 2011

Do wesela się zagoi

Sesja trwa w najlepsze: wczoraj zaliczony kolejny egzamin (dzięki, że trzymałyście kciuki, dostałam 4,5), a dziś już trzeba przygotowywać się do następnego. Przede mną jeszcze dwa i pół egzaminu, ale po drodze jest ślub i wesele naszych sąsiadów. Na ceremonię będą wychodzić z naszej kamienicy, więc postanowiliśmy z Kubą zadbać nieco o jej wygląd, żeby była odpowiednim tłem dla wyszykowanych młodych. W związku z tym dzisiejsze popołudnie zamiast nad historią filozofii spędziłam na malowaniu balustrady na schodach i rzeczywiście wygląda to teraz znacznie lepiej :) Chcielibyśmy pomalować również klatkę schodową, ale to może być już nieco zbyt czasochłonne.

W ogóle powiem wam, że śluby i wesela bardzo mi się podobają, ale dopóki odgrywam rolę gościa. Całkiem przyjemne jest to, że mogę wrzucić na siebie jedną z tych kiecek, które przez resztę roku wiszą w szafie czekając na jedną z podobnych, choć nielicznych okazji. Mam więc pretekst, żeby założyć pończochy, po które - choć w moim przypadku od sześciu lat święcą tryumfy nad rajstopami - sięgam dość rzadko, bo zazwyczaj wybieram jednak spodnie i żakiet. Na tę okoliczność wyciągam z szuflady i odpakowuję z ochronnego woreczka maleńką, elegancką torebkę, która wbrew swoim rozmiarom kosztowała więcej niż wszystkie duże codzienne torby, zapełniające dół szafy. Ot, takie cacko. Tuż przed wyjściem, już w dużym pośpiechu wbiegam do sypialni, otwieram czerwone etui i wyjmuje naszyjnik i kolczyki z białych pereł - drobiazg, ale dodaje szyku. Tak, od czasu do czasu lubię poczuć się szykownie.

I to jest przyjemna część całej imprezy. Teraz część uroczysta. Wszyscy są w dobrym nastroju, przynajmniej przez chwilę nikt nie narzeka, nie użala się nad sobą, nie poucza nikogo. Uwaga koncentruje się na pannie młodej. I tylko na niej, nie oszukujmy się: pan młody jest tylko uzupełnieniem gwiazdy. Jeśli ślub jest cywilny, to całość trwa krótko, żadne z dzieci nie zdąża się znudzić, żaden wuj zasnąć, wszystko działa jak w zegarku i goście wkrótce udają się na upragnione wesele. Jedynym mankamentem jest ta podniosłość, którą zawsze odczuwałam z dużą dozą humoru, naprężonego w takich chwilach jak przyczajony kot do skoku. Na śluby kościelne staram się spóźniać tak, żeby ominąć kazanie i oszczędzić sobie nerwów. Lubię jednak przynajmniej raz wciągnąć ciężki zapach kadzidła i rzucić okiem na wystrój. Lubię też mendelsona i sypanie płatków, lecz bawi mnie skonfudowanie gości, którzy po większej części jeszcze się nie znają, ale już muszą być dla siebie mili, więc uśmiechają się zachęcająco, wybaczają nastąpienia na spódnice i po cichu rozmyślają, czy to teraz jest moment na prezenty i życzenia. A potem wszyscy wsiadają do samochodów i na chwilę można odetchnąć.

Potem jest szukanie miejsc. Najpierw parkingowych, następnie przy stole. Jeśli młodzi popełnią ten organizacyjny błąd i nie zaplanują rozmieszczenia gości, robi się ogromny bałagan. Wszyscy są skonsternowani, bowiem gdy nie zna się zbyt dobrze nikogo z zaproszonych, łatwo o faux pas, a trudno o dobre miejsce. Zastanawiam się, czy to dla rozładowania tego stresu ludzie na weselach tyle piją. I tyle jedzą. Zupełnie jakby przez tydzień pościli (zapewne część pań intensywnie odchudzała się do wyjściowej kiecki). Ostatnio wiele par daruje sobie "pierwszy taniec", czasem jednak mam okazję przez kilka minut obserwować zakłopotanie dwojga ludzi, którym na oczach wpatrzonego tłumu nierytmicznie plączą się nogi. Jedno z tych dwojga jest zazwyczaj wniebowzięte, a drugie - śmiertelnie zawstydzone. Razem wyciskają na twarzy zmarszczkę politowania. Po obiedzie i pierwszych drinkach można się wytańczyć, szalejąc do muzyki, której w innych okolicznościach nigdy by się dobrowolnie nie słuchało. Niestety, przede mną pojawiają się kolejne dania, a podczaszy stolika dba, żeby mój kieliszek był zawsze zobowiązująco pełny.
Na szczęście w okolicach północy można już zacząć się zbierać, nie obawiając się urażenia gospodarzy (chociaż ostatni byli wyjątkowo urażeni - odczuwało się, że przecież zapłacili za nas pełną stawkę, więc powinniśmy bawić się do końca).

W najbliższą środę na pewno będę się dobrze bawić. Nasi sąsiedzi to sympatyczni i rozsądni ludzie. I wiecie co? Aż mi żal, że nawet takie osoby są spętane zwyczajowymi skrupułami, które wiążą się ze ślubem, a których w żadnym razie nie ośmieliłabym się nazwać etykietą. Z powodu tej karykatury obyczaju nigdy nie chciałabym odgrywać głównej roli w tym przedstawieniu. Szczegółowo napiszę wam o tym którymś z następnych razów.

---

Odpowiednik

środa, 8 czerwca 2011

V Dzień Dziergania w Miejscu Publicznym

11 czerwca, czyli już w najbliższą sobotę, jest Międzynarodowy Dzień Dziergania w Miejscu Publicznym. Dziewiarki wychodzą ze swoich przytulnych zakamarków i wietrzą swoje rozliczne motki. Na forach powstają grupy chętnych do publicznego dziergania i padają pytania o miejsce i czas spotkań. Ja zapraszam was do odwiedzenia grupy na Facebooku - jest nas coraz więcej, organizujemy się i przekazujemy sobie informacje o spotkaniach w różnych miejscach w Polsce. Potrzebujemy aktywnych osób do zorganizowania spotkań w różnych miastach, więc każda inicjatywa jest mile widziana :)

Zaś dziewiarki z Krakowa i okolic zapraszam w najbliższą sobotę o godzinie 18:00 na plac Marii Magdaleny. Zabierzcie ze sobą, oprócz wyposażenia druciarskiego, także coś do jedzenia i picia - w ten sposób zamiast wydawać pieniądze na kawę i gnieść się w którejś z zatłoczonych kawiarni, zaoszczędzimy na kolejne włóczki  i nie będziemy ograniczone małą przestrzenią ;). Mogą się w związku z tym przydać krzesełka turystyczne i inne tym podobne dla osób, które nie chcą korzystać z placowych schodów. Przynieście też zapasy kolorowych włóczek - może uda nam się wydziergać jakieś zgrabne wdzianko dla Skargi albo ubrać fontannę - mam pewien pomysł na pozostawienie po nas śladu na dłużej.

Zgłaszajcie się! Tutaj albo na stronie wydarzenia na Facebooku. Przyjdźcie i zdominujmy przestrzeń publiczną :) Pamiętajcie: mamy druty i nie zawahamy sie ich użyć!



piątek, 6 maja 2011

Rozrywka

Było tłumacznie, było ogłoszenie, przechwałki i nadmiar postów. Teraz pora zabrać się do pracy. Takiej namacalnej pracy. Pisemnej. Właśnie wybieram się do biblioteki. Tak od 10 rano się wybieram, ale teraz już prawie stoję na progu drzwi. (w tym miejscu słyszycie takie rzewne: O matko!) Tak, to boli. Od kilku miesięcy czytanie sprawia mi taką nieprzyjemność, że przewracając każdą stronę czegokolwiek, mam ochotę wyć i machać nogami jak rozwydrzony dzieciak w sklepie. Ale co poradzić, przekroczyłam już wszystkie możliwe terminy i w końcu muszę się za to zabrać. Jadę do biblioteki. (O...!)

No, ale miała być rozrywka, więc proszę - coś przy czym ostatnio nosi mnie, wodzi mnie bardziej niż zwykle, jakby mi ktoś grał na włóknach nerwowych.


O tak, rozrywka. Rozerwać się, choćby na strzępy. Na dzisiejsze spotkanie robótkowe online powinnam chyba ze sobą zabrać coś do prucia.
Przyjemnego słuchania!

wtorek, 3 maja 2011

Flash mob w Krakowie

Wiem, że powinno być tłumaczenie - będzie wkrótce, obiecuję! A teraz coś, co musicie zobaczyć :)


---

Wiewiórko, będziesz jeździć i tak i jeszcze lepiej, zobaczysz :) A resztę napisałam Ci już wcześniej ;).

Wilddzik, masz rację, cały ten sport opiera się na relacji jeźdźca z koniem, wszystko polega na współpracy, a na takim koniu jak Daisy satysfakcja z tej pracy jest zawsze tym większa, że obie robimy postępy. Warto spróbować, ale uważaj, bo to wciąga ;).
Do Annis dobra będzie włóczka z dużą zawartością naturalnego włókna, które się dobrze zblokuje - jeśli chcesz jakąś mohairową włóczkę, to polecam Angorę de Luxe z YarnArtu, a jeśli coś gładkiego, to pewnie sprawdziłoby się Malabrigo, dziewczyny wynoszą je pod niebiosa. Ja robiłam z włóczki ręcznie przędzionej przez Laurę.
A na twoje blogi wchodzę już od pewnego czasu, nawet jeśli tego nie widać :)

Pierdruty, to prawda, dziewczyny z newlace szaleją :)

Kasiu, lubię robić tłumaczenia, i w sumie tłumaczę całkiem sporo, ale tekstów naukowych. A skoro tylko polskie wersje projektów drucianych są potrzebne i spotykają się z zainteresowaniem, tym lepiej dla mnie - mam z tego dużą satysfakcję :)

sobota, 9 kwietnia 2011

Nowy samochód

Równiótko tydzień temu o tej właśnie godzinie świętowaliśmy zakupienie nowego (używanego) samochodu. Miałam o tym napisać dłuższy post, ale tak mnie ostatnio bawi podejście niektórych naszych znajomych do kwestii mojego udziału w tym zakupie lub w samym posiadaniu, że chyba muszę najpierw otrzeźwieć ze śmiechu. A tymczasem, aby dodatkowo przyprawić sytuację, wstawiam spot naszego nowego nabytku. It made my day!


---

Dziewczyny, dziękuję wam za miłe komentarze odnoście tłumaczeń wzorów estońskich. Od razu zapowiadam, że będzie ich dużo, dużo więcej - z dziewczynami z New Lace - Old Tradition nawiązałyśmy stałą współpracę i już przygotowuję następne przekłady. Mam nadzieję, że dacie znać, kiedy z nich coś wydziergacie! ;)

wiewiórko, dzięki za gorące poparcie. Mam nadzieję, że osobom, które do tej pory popełniały plagiaty z niewiedzy, z lenistwa czy ze zwykłej chytrości, ta broszura rozjaśni w głowach i wypełni w ten sposób lukę, którą nie zajmuje się ani szkoła ani uczelnie wyższe.
No i motywuję Cię do szala estońskiego, motywuję - właśnie też się będę zabierać za mój pierwszy :) W prawym rogu na górze dodałam link do poradnika Dagny o szalach estońskich, tam jest wszystko jasno napisane i narysowane.

malaala, myślę, że uczciwość i samodzielność w pisaniu tekstów jest ważna w każdej dziedzinie, bo bez względu na przedmiot rozprawy, kradzież to kradzież. Ale potrafię zrozumieć bardzo ścisłe wzorowanie się na czyjejś pracy - zrobiłam coś takiego kiedyś, jeszcze w liceum, bo nie miałam zielonego pojęcia ani o tym, gdzie jest granica cytowania, ani o tym, jak sobie poradzić, kiedy czerpię od kogoś jakąś myśl, ale ją po swojemu rozwijam czy zmieniam. O tym się za mało mówi, a już w ogóle się tego nie uczy.
A tak przy okazji - nie cierpię polonistów, którzy piszą tzw. "twórcze" prace ;) To zazwyczaj jest lanie wody w kwiecistym języku zamiast merytorycznej rozprawy. Przez takie osoby poloniści (i humaniści w ogóle) mają bardzo niepochlebną opinię wśród ludzi z innych branż.

anust, dziękuję :)

kachazet, TY JESTEŚ POLONISTKĄ! :D
A teraz do rzeczy: walka z plagiatami jest i będzie trudna, bo ogół akceptuje tego rodzaju cwaniactwo, uważając je za objaw sprytu, a dzieci chłoną to jak gąbki. Tym bardziej życzę Ci powodzenia i będę trzymać kciuki, w końcu kiedyś i pod tym względem się ucywilizujemy.

Beata, Pierdruty - uwierzę, jak zobaczę - druty w dłoń! ;)

wtorek, 5 kwietnia 2011

Wzory estońskie po polsku // Moja pierwsza publikacja

Ostatnio jest świetny czas. Najpierw o tym, co was interesuje najbardziej, czyli o drutowaniu. Być może niektóre z was zauważyły, że wczoraj pojawiły się u mnie dwa nowe tłumaczenia. Są to wzory estońskie, opracowane przez Olgę Jasnovidovą w ramach projektu odnowy i popularyzacji dziergania tradycyjnych estońskich koronek i ażurów. Projekt nosi tytuł New Lace - Old Traditions, więcej na jego temat przeczytacie na blogu Olgi i Liiny, które wymyśliły i realizują to przedsięwzięcie: newlace.blogspot.com. Ich wzory można ściągnąć za darmo z Ravelry w wersji angielskiej, a od wczoraj dwa również w wersji polskiej :) Oto one:

Little Daisies - czyli w tłumaczeniu Małe stokrotki

 


Flower field - czyli w tłumaczeniu Pole kwiatów



Dziewczyny zaproponowały mi przetłumaczenie wszystkich wzorów oraz instrukcji korzystania ze schematów, więc możecie być pewne coraz bogatszej oferty :). Wiem, że do tej pory mnóstwo dziewiarek z powodzeniem korzystało z wzorów zamieszczonych w książkach Knitted Lace of Estonia oraz Haapsalu Sal, pomimo tego, że nie są po polsku, myślę jednak, że polskie tłumaczenia mogą być dla wielu wygodniejsze, a przynajmniej pomocne. No i, korzystastając z nich nie naruszamy niczyich praw autorskich. Jeśli zatem macie ochotę na estoński szal lub chustę, zapraszam do pobrania  zamieszczonych tu przekładów.

---

A teraz się pochwalę: wczoraj dostałam do ręki moją pierwszą papierową publikację. Wygląda tak:


Jest to broszura dedykowana głównie studentom pierwszego roku polonistyki. Ma na celu zapobieganie plagiatom, które w ostatnim czasie stały się plagą naszego (i nie tylko naszego) wydziału. Po ubiegłorocznej aferze plagiatowej dotyczącej naszych studentów, która ostatecznie oparła się o Uczelnianą Komisję Dyscyplinarną, wspólnie ze znajomym z wydziałówki postanowiliśmy podjąć działania prewencyjne. Nasze zdanie w tej kwestii jest jasne: przywłaszczenie sobie czyjejś własności intelektuacnej jest kradzieżą. Nie mieliśmy co do tego wątpliwości. Wyszliśmy jednak z założenia, że zamiast karać studentów za plagiat (czego chciała część pracowników), należy przeciwdziałać tego rodzaju praktykom. Przemawia za tym kilka rzeczy:
  • wielu studentów (czy w ogóle wiele osób) nie zdaje sobie sprawy z tego, czym jest plagiat,
  • jeszcze więcej osób nie wie, jak skorzystać z czyjegoś dorobku, nie popełniając plagiatu,
  • w społeczeństwie panuje swoiste przyzwolenie na takie działania i często osoby, które skutecznie "kombinują" są z siebie dumne, a nawet cieszą się swego rodzaju estymą.
Dlatego stwierdziliśmy, że trzeba zacząć od uświadomienia studentów i uwrażliwienia ich na ten problem oraz dać im narzędzie, dzięki któremu będą mogli go uniknąć. Naszą inicjatywę poparł nasz dziekan, który współfinansował wydanie broszury; udało nam się nawiązać kontakt z jednym z najlepszych specjalistów od prawa autorskiego w Polsce, z którym konsultowaliśmy publikację, nasza przewodnicząca wydziałówki uzyskała dodatkowe finansowanie z uczelnianego Samorządu i załatwiła druk, a na koniec znaleźliśmy świetnego edytora, który poskładał tekst i zaprojektował okładkę. Dzięki tym wszystkim osobom wczoraj światło dzienne ujrzała moja (nasza) pierwsza publikacja :). Mam nadzieję, że będzie skutecznie spełniać swoje zadanie. W tym tygodniu dostaną ją wszyscy pierwszoroczniacy, a plan na przyszłe lata przewiduje rokroczny dodruk i zaopatrzenie w broszurę każdego studenta pierwszego roku wchodzącego w progi naszego wydziału.
No, chyba mogę być z siebie dumna :)

---

Malaala i anda480, dzięki za komplementa :)

kachazet, mnie się kurs przedłużał, bo ciągle brakowało mi czasu i nie mogłam wyjeździć wszystkich jazd, a przerwy między nimi wynosiły czasami po 2-3 miesiące. Teraz znowu mi się odwleka, bo się rozchorowałam i zamiast zapisać się na egzamin, siedzę w domu i smarkam. Po ostatniej jeździe czułam się zupełnie przygotowana do egzaminu, tak zresztą twierdził też mój super-instruktor, i byłam sobie w takim dobrym nastroju aż do soboty, kiedy wsiadłam do naszego nowego samochodu, który ma dłuuuugą dupkę i nie mogłam nim zaparkować tyłem... Tak mnie to ubodło, że zupełnie w siebie zwątpiłam i chyba wiem, o czym mówisz. Na szczęście wszyscy znajomi mnie teraz pocieszają, że każdy tak ma, jak się przesiądzie z żuczka na kombiaka, więc powoli wracam do siebie :)

czwartek, 24 marca 2011

Japanese Garden Shawl - dziewiarska pomoc dla Japonii w tłumaczeniu

Japanese Garden Shawl to ażurowy wzór chusty trójktątnej zaprojektowany przez Wendy D. Johnson. Autorka zdecydowała się przekazać całą kwotę uzyskaną ze sprzedaży tego projektu do końca kwietnia na pomoc osobom poszkodowanym w ostatnich katastrofach w Japonii. Wzór kosztuje 5 dolarów amerykańskich, czyli niecałe 15 zł. W ciągu pierwszych 24 godzin sprzedaży projektu Wendy otrzymała $1200 (~3430 zł), które dzisiaj przekazała American Red Cross (Amerykańskiemu Czerwonemu Krzyżowi) jako pierwszą część dedykowanej pomocy. Wzór można zakupić na Ravelry, gdzie powstały już grupy dziewiarek pracujących nad nim wspólnie.

© Wendy D. Johnson

Oczywiście, zachęcam wszystkie dziewiarki do zakupu tego projektu, jako że idea jest naprawdę szczytna, a chusta niewątpliwie piękna. Z pewnym niepokojem jednak chciałabym zaznaczyć, że każda osoba, która chce wykonać ten szal, powinna w całości zapłacić za swoją kopię wzoru - myślę, że na tym przykładzie najlepiej widać, że grupowe kupowanie projektów lub bezpłatne udostępnianie ich na forach czy blogach jest kradzieżą, która wyrządza komuś realną szkodę.
Do tej pory wiele osób kupiło nawet po kilka kopii wzoru tej chusty, aby wysłać je innym w ramach prezentu i zwiększyć dotacje. Jestem przekonana, że i liczne polskie dziewiarki stać zarówno na taki gest, jak i na uczciwość. Dlatego serdecznie polecam Wam inicjatywę Wendy, a osobom, które zakupią ten projekt, oferuję bezpłatne przetłumaczenie go na język polski.

© Wendy D. Johnson

© Wendy D. Johnson
Update
Do dzisiaj, tj. 27 marca, zakupiono kopie Japanese Garden Shawl za ponad $3400, czyli około 10 000 zł.

piątek, 18 marca 2011

Jestem złośliwą jędzą.

Dokładnie tydzień temu kupiłam mikrofalówkę z dostawą do kanciapy samorządu. Kanciapa została w tym roku wyremontowana i wyposażona: kasę na remont dostaliśmy z uczelnianego samorządu oraz od dziekana, który zakupił też dla nas super-wypasiony komputer i drukarkę, właścicielka dużej firmy wytwórczej podarowała nam komplet mebli wypoczynkowych, firma produkująca wyroby malarskie - zestaw farb, którymi odnawia się ściany na Wawelu itd. Pokój został odmalowany (a nawet pomalowany - w jakieś bardzo nowoczesne motywy), wyposażony w kącik z umywalką, nowe oświetlenie, wycyklinowano podłogi i wstawiono nowe meble. Teraz mamy własne, całkiem przyjemne pomieszczenie, w którym można komfortowo dyżurować, obsługiwać studentów, odpoczywać pomiędzy zajęciami lub organizować różne spotkania kół naukowych itp. Do całej inwestycji nie musieliśmy dołożyć ani grosza.
Spędzamy na uczelni sporo czasu, niejednokrotnie całe dnie. Wszyscy. I jak to bywa w takich pokojach "socjalnych" lubimy sobie usiąść, pogadać i wypić herbatę czy kawę. To wygodne, że nie musimy w tym celu iść do kawiarni i płacić za szklankę herbaty 5 zł. Pomyślałam więc, że równie wygodne byłoby podobne oszczędzanie na obiadach, które na mieście kosztują 10-15 zł. Zaproponowałam więc pozostałym zrzutkę na kuchenkę mikrofalową: kwota wynosiłaby równowartość jednego obiadu. Nie spotkałam się z entuzjazem. Właściwie powinnam napisać wprost: ludzie patrzyli na mnie, jakbym miała zielone włosy i nikt nie poparł mojego pomysłu.

Kilka dni wcześniej zepsuł się nam czajnik. Rzecz tania i taka przydatna. Ogłosiłam, że zbieram po piątce od każdego i w ciągu 2-3 dni kupię nowy. Zrzuciły się trzy osoby. Niestety, czajnika za dwie dychy nie znalazłam. Ostatecznie, jakiś znajomy wyjął przepalony bezpiecznik ze starego czajnika, który znowu działa.
Przez kilka dni o tym myślałam. Myślałam. I...

Dokładnie tydzień temu kupiłam mikrofalówkę z dostawą do kanciapy samorządu. Zamówiłam ją na Allegro. Poszperałam chwilę - nie było trudno - i znalazłam sprzedawcę, który sprowadza sprzęt z Anglii. Bo w Anglii są inne gniazdka, ich sprzęt ma inne wtyczki i nie da się go podłączyć do polskiego kontaktu. Oczywiście, do przesyłki była dołączona przejściówka: leży teraz spokojnie w mojej torebce.

Jakiś czas temu brakowało nam kubków. Zazwyczaj dlatego, że wszystkie były brudne. Zakupiono nowe, cały komplet. Teraz już ich nie brakuje. Znajdują się w każdym zakamarku pomieszczenia. Nadal - brudne.
W zeszłym roku, kiedy zostawiłam sobie w kanciapie paczkę dobrej herbaty, po tygodniu łaskawie zostawiono mi z niej jedną torebkę. Teraz "zapasy" są uzupełniane przez trzy osoby - a jest nas dwadzieścioro i wszyscy z nich korzystają. Po tym, jak zrobiłam raban o moją zeszłoroczną herbatę, nikt nie rusza moich rzeczy bez pytania, nawet osoby, z którymi znam się najlepiej (choć to akurat szkoda, bo z przyjaciółmi lubię się dzielić).
Chwilę temu w kącie z umywalką powiesiłam wydrukowaną prośbę o pozostawianie po sobie porządku w naszej, bądź co bądź wspólnej, przestrzeni. Wczoraj jedna z osób pochlapała stół herbatą, potem wzięła swój kubek, odniosła go do umywalki i wyszła. A to przecież tylko przykład.

Dokładnie tydzień temu kupiłam mikrofalówkę z dostawą do kanciapy samorządu. Kiedy doszła, wszyscy byli podekscytowani - może myśleli, że to prezent-(nie)spodzianka? Wiem, jestem złośliwą jędzą. Ale nie zamierzam być niczyim sponsorem. Szczególnie dla osób, które mają mnie lub grupę w d***e. Teraz zastanawiam się jeszcze, czy ponownie zaproponować zrzutkę na zakupione już urządzenie. Przy czym myślę sobie, że chyba wolę korzystać z czystej mikrofali.


PS.
A to moja nowa mikrofalówka - jest piękna i zjadłam z niej już pierwszy obiad, trochę niedogrzany, bo jeszcze nie umiem jej obsługiwać i korzystałam z najniższych ustawień, ale i tak pyszny i tani :).

Zdjęcie pochodzi z aukcji, na której kupiłam moją kuchenkę.

czwartek, 3 marca 2011

Irena Kwiatkowska [*]

"Po ulicach to ja chodzę zawsze jak
po jeziorze, tym łabędzim, biały ptak.
A i dzisiaj jeszcze zamiast wnuki niańczyć,
ja o jednym tylko marzę: tańczyć, tańczyć!

A gdy w końcu przyjdzie taka chwila, że
święty Piotr do siebie już zaprosi mnie,
to do nieba też tanecznym pójdę krokiem,
jeszcze piękny szpagat zrobię pod obłokiem."



sobota, 29 stycznia 2011

Będę dziergać!

Krótko, bo czas goni. Wczoraj udało mi się być na spotkaniu robótkowym on-line i wreszcie, po długiej przerwie, wzięłam do rąk druty. Wyciągnęłam włóczkę od Laury, którą dostałam pod choinkę od Kuby (o, piękna jest, jaka piękna! :) ), siadłam przy komputerze z drukarką i wysmażyłam wzór, który znalazłam już dzień wcześniej (na ravelry, oczywiście), bo szykowałam się do tego spotkania, a jakże! Sesja idzie, co prawda, ale postanowiłam sobie, że jak te dwie godzinki w wyznaczonym czasie sobie podrutuję, to się nic nie stanie. Ale po dwóch godzinach miałam dopiero przerobiony pierwszy rządek, w którym zostały mi na końcu trzy zbędne oczka i zorientowałam się, że zgodnie z przewidywaniami, źle nabrałam te pierwsze 363 ;]. Dobrze jest jednak dziergać w towarzystwie - dziewczyny podniosły mnie, przygniecioną wizją prucia, na nogi i na kolejne spotkanie robótkowe mam już sposób na bezbłędne nabranie takiej ilości oczek: już żadna liczba mi nie straszna, dopóki wystarczy mi markerów ;). Chociaż więc po wczorajszym spotkaniu nie mam zupełnie nic do pokazania, siedzę sobie szczęśliwa i spokojnie uczę się do egzaminu - głód dziewiarczy trochę zaspokojony, do wtorku przeczekam :).

Aha, może kogoś interesuje, jaki to wzór wyszukałam dla Laurowej włóczki (100% handmade!). Otóż, wyobraziłam sobie z niej Abrazo, ale ponieważ wzór na nie jest płatny, a dla mnie 6$ to już jest pieniądz, a pieniądze trzeba oszczędzać... i tak dalej, no, więc dlatego własnie znalazłam inny wzór, bardzo podobny, też oparty na rzędach skróconych, tylko z innym ażurem dookoła, i za darmoszkę. W ten oto sposób powstanie Annis :). Jak się okazało autorstwo należy do projektantki Abrazo zresztą, więc nie tak daleko mi do ostatniego krzyku mody.

A na co mi ta oszczędność, że sześciu dolarów mi żal, zapytacie. Ano, na to:


Piękny jest, prawda? To Bilard. 170 cm w kłębie, góra konia, a jaka uparta... Ale nie na niego konkretnie oszczędzam ;). Póki co, to na same jazdy - znalazłam nam na zimę klub z halą, gdzie można jeździć bez względu na pogodę, w Krakowie, więc z dojazdem MPK, no i ze świetną instruktorką, przy której robimy naprawdę duże postępy. Ale jazdy kosztują tam więcej niż w prywatnej stajence pod miastem, a nam się zachciało jeździć co najmniej dwa razy w tygodniu i to zaskutkowało cięciami w innych strefach. Więc tak sobie oszczędzam i jutro już zamierzamy jechać ponownie, bo po ostatnim tygodniu siedzenia w domu przez jakiegoś złośliwego bakcyla już nas nosi, a Kuba to nawet chodzi w kasku po mieszkaniu ;)


Ps. Wpadłam na to, że skoro już piszę, co zrobię z Trytona (to ta włóczka made by Laura), to może dodam jakiegoś linka, żebyście mogły zobaczyć, jak toto wygląda. Chociaż wczoraj na spotkaniu, to nawet całkiem sporo kobitek wiedziało, co to za jedna, ta Annis :). Przy okazji, mój szal będzie się nazywał Trytanis = Tryton + Annis ;)


Pps. W pośpiechu zapomniałam odpowiedzieć na Wasze ostatnie wpisy... prymityw ze mnie. Już się poprawiam.


Anust, żyję i mam się prawie dobrze, błogosławię wynalezienie penicyliny i nawet nie dygoczę na myśl o zbliżającym się wtorkowym pogromie z literatury polskiej 1945-1989 ;).


Elżbieto, mam nadzieję, że dzisiaj bardziej kolorowo się u mnie zrobiło. Próbowałam wstawić gdzieś jakąś kropę, ale nie wpadłam na to, jak to zrobić. W każdym razie, chorowanie kazało mi dać sobie trochę na wstrzymanie, więc odżywam :). Przy okazji, uwolniłam komentarze.


Agato, podobno addiki mają robić same, więc niech robią. W następnym konkursie też będzie trochę herbaty, tak myślę ;). A odkąd siedzę w domu z najnowszą wersją bakcyla® 2011, to jakoś i ten zapieprz zelżał. Tylko siedzę sobie w domu i czytam :D


No, i dzięki, że zaglądacie i dajecie mi znać, że jak coś tu skrobnę ostatkiem sił, to jest jakoś zauważone. Wkrótce miesięczne ferie, więc postaram się Wam odwdzięczyć ciekawymi wpisami :).

wtorek, 11 stycznia 2011

Młyn, czyli (za)pieprz mielony

Od miesiąca właściwie, jeśli tu wpadam, to tylko po to, żeby zobaczyć, co nowego na znajomych blogach. Nie wyrabiam na zakrętach, nie dziergam (no, dobrze - wydziergałam 1/4 chusty dla mamy na święta, ale ponieważ to była tylko 1/4, prezent zakupiłam, a chusta leży, może do następnych świąt na przykład). Zbliża się sesja, więc muszę jeszcze podkręcić obroty. Przynajmniej chleby mamy teraz świeżutkie i pyszne - Oooo, jakie pyszne :) Z każdym pieczeniem lepsze! No, ale... nie samym chlebem żyje człowiek.
Przez ten miesiąc tłumaczyłam artykuł Kuby (a myślałam, naiwna, że zajmie mi to 3-4 dni...). Przynajmniej dzięki temu nie straciłam zupełnie kontaktu z angielskim, ale na zajęcia, jeśli w ogóle chodzę, to wcale się nie przygotowuję. Padaka. Deterioration. Teraz tłumaczę drugi artykuł i na szczęście idzie znacznie lepiej.
Dodatkowo wczoraj dostałam do korekty cały numer pierwszego magazynu naszego wydziałowego samorządu i sama nie wiem, czy to, że nie ma deadline'u to lepiej czy gorzej ;].

No i w końcu ruszam z Polonistycznym Biurem Praktyk Studenckich! Chwilę temu byłam na skraju rezygnacji - wszyscy niby przyklaskiwali, bo świetny pomysł, rewelacyjna inicjatywa, ale żeby ktoś się w to ze mną zaangażował, to już nie... Dziewczyna, która półtora miesiąca temu zgłosiła się z nadzwyczajną chęcią pomocy, nie przyszła potem do mnie ani razu przez dwa tygodnie, chociaż zapraszałam ją kilka razy na dyżur. Nie, to nie. Do czego służy Facebook? Minął tydzień od ogłoszenia i mam trzy konkretne osoby chętne do współpracy. I to nie jakiś tam kontakt taki-siaki: a może, a po co; wszyscy zgłosili się osobiście i chcą: kiedy, gdzie, co będzie do zrobienia, na czym to będzie polegać? Rewelacja :) Mamy już nawet logo, o:


Jeśli ktoś chce wiedzieć, co to za utalentowana plastyczka zaprojektowała nam tego GOŁĘBIA, mogę podać namiary ;)
A teraz zawracam kuperek do roboty. Może trochę energetyzującej muzyki na koniec: Florence, Drumming Song.

ps.
A przy okazji, wszystkiego dobrego w Nowym Roku! ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...