Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konnie. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 kwietnia 2011

Informator tłumaczeniowy

Drogie moje! Dzięki ogromne za wszystkie wasze komentarze :) Asa czyta bloga i wasze posty (pewnie z pomocą googlowego translatora ;) i zastanawia się. Trzymajcie kciuki. Zastanawianie się zabrała ze sobą na wyjazd, z którego wraca 30 kwietnia. Po tym dniu będziecie się mogły spodziewać przyspieszenia w podejmowaniu decyzji.

Natomiast Lilie wodne będą lada dzień - bardzo nierozsądnie zapisałam część tłumaczenia, które zaczęłam robić na uczelni jeszcze przed świętami, w formacie .docx, czyli w tzw. nowym Wordzie, a na prywatnym komputerze mam starego Worda, który tego pliku nie otwiera, więc nie udało mi się go skończyć przez święta ;]. Ale jutro będę na wydziale, więc dokument przetworzę, tłumaczenie dokończę i jak najszybciej zamieszczę tutaj :) Przy okazji, na blogu newlace.blogspot.com pojawił się nowy, bardzo ładny wzór - wariacja na temat stokrotek. Jak wam się podoba? Tłumaczyć? ;)

Żeby jednak nie było tak pusto, pochwalę się wam czymś innym. Moimi postępami w jeździe konnej :) Ta część jest dedykowana Wiewiórce, która również od niedawna znowu jeździ konno. Wiewiórko, obiecałam wpis o jeździe i będzie, jak tylko będę miała dłuższą chwilę na jego przygotowanie. A na razie jest to:


Plecy zgarbione, ręka sztywna jak u paralityka, ale przyznajcie, że jest znacznie lepiej niż jeszcze pół roku temu: (tu był inny filmik, z listopada zeszłego roku, ale Kuba się go powstydził, bo jeździł w tle, i kazał skasować; więc kto obejrzał to jego, teraz niestety punktu porównania nie ma).

A dzisiaj było ustępowanie od łydki - marzyłam o tym od kilku miesięcy :)
No :). Pozdrawiam was i do następnego wpisu!

sobota, 29 stycznia 2011

Będę dziergać!

Krótko, bo czas goni. Wczoraj udało mi się być na spotkaniu robótkowym on-line i wreszcie, po długiej przerwie, wzięłam do rąk druty. Wyciągnęłam włóczkę od Laury, którą dostałam pod choinkę od Kuby (o, piękna jest, jaka piękna! :) ), siadłam przy komputerze z drukarką i wysmażyłam wzór, który znalazłam już dzień wcześniej (na ravelry, oczywiście), bo szykowałam się do tego spotkania, a jakże! Sesja idzie, co prawda, ale postanowiłam sobie, że jak te dwie godzinki w wyznaczonym czasie sobie podrutuję, to się nic nie stanie. Ale po dwóch godzinach miałam dopiero przerobiony pierwszy rządek, w którym zostały mi na końcu trzy zbędne oczka i zorientowałam się, że zgodnie z przewidywaniami, źle nabrałam te pierwsze 363 ;]. Dobrze jest jednak dziergać w towarzystwie - dziewczyny podniosły mnie, przygniecioną wizją prucia, na nogi i na kolejne spotkanie robótkowe mam już sposób na bezbłędne nabranie takiej ilości oczek: już żadna liczba mi nie straszna, dopóki wystarczy mi markerów ;). Chociaż więc po wczorajszym spotkaniu nie mam zupełnie nic do pokazania, siedzę sobie szczęśliwa i spokojnie uczę się do egzaminu - głód dziewiarczy trochę zaspokojony, do wtorku przeczekam :).

Aha, może kogoś interesuje, jaki to wzór wyszukałam dla Laurowej włóczki (100% handmade!). Otóż, wyobraziłam sobie z niej Abrazo, ale ponieważ wzór na nie jest płatny, a dla mnie 6$ to już jest pieniądz, a pieniądze trzeba oszczędzać... i tak dalej, no, więc dlatego własnie znalazłam inny wzór, bardzo podobny, też oparty na rzędach skróconych, tylko z innym ażurem dookoła, i za darmoszkę. W ten oto sposób powstanie Annis :). Jak się okazało autorstwo należy do projektantki Abrazo zresztą, więc nie tak daleko mi do ostatniego krzyku mody.

A na co mi ta oszczędność, że sześciu dolarów mi żal, zapytacie. Ano, na to:


Piękny jest, prawda? To Bilard. 170 cm w kłębie, góra konia, a jaka uparta... Ale nie na niego konkretnie oszczędzam ;). Póki co, to na same jazdy - znalazłam nam na zimę klub z halą, gdzie można jeździć bez względu na pogodę, w Krakowie, więc z dojazdem MPK, no i ze świetną instruktorką, przy której robimy naprawdę duże postępy. Ale jazdy kosztują tam więcej niż w prywatnej stajence pod miastem, a nam się zachciało jeździć co najmniej dwa razy w tygodniu i to zaskutkowało cięciami w innych strefach. Więc tak sobie oszczędzam i jutro już zamierzamy jechać ponownie, bo po ostatnim tygodniu siedzenia w domu przez jakiegoś złośliwego bakcyla już nas nosi, a Kuba to nawet chodzi w kasku po mieszkaniu ;)


Ps. Wpadłam na to, że skoro już piszę, co zrobię z Trytona (to ta włóczka made by Laura), to może dodam jakiegoś linka, żebyście mogły zobaczyć, jak toto wygląda. Chociaż wczoraj na spotkaniu, to nawet całkiem sporo kobitek wiedziało, co to za jedna, ta Annis :). Przy okazji, mój szal będzie się nazywał Trytanis = Tryton + Annis ;)


Pps. W pośpiechu zapomniałam odpowiedzieć na Wasze ostatnie wpisy... prymityw ze mnie. Już się poprawiam.


Anust, żyję i mam się prawie dobrze, błogosławię wynalezienie penicyliny i nawet nie dygoczę na myśl o zbliżającym się wtorkowym pogromie z literatury polskiej 1945-1989 ;).


Elżbieto, mam nadzieję, że dzisiaj bardziej kolorowo się u mnie zrobiło. Próbowałam wstawić gdzieś jakąś kropę, ale nie wpadłam na to, jak to zrobić. W każdym razie, chorowanie kazało mi dać sobie trochę na wstrzymanie, więc odżywam :). Przy okazji, uwolniłam komentarze.


Agato, podobno addiki mają robić same, więc niech robią. W następnym konkursie też będzie trochę herbaty, tak myślę ;). A odkąd siedzę w domu z najnowszą wersją bakcyla® 2011, to jakoś i ten zapieprz zelżał. Tylko siedzę sobie w domu i czytam :D


No, i dzięki, że zaglądacie i dajecie mi znać, że jak coś tu skrobnę ostatkiem sił, to jest jakoś zauważone. Wkrótce miesięczne ferie, więc postaram się Wam odwdzięczyć ciekawymi wpisami :).

poniedziałek, 19 lipca 2010

Co to znaczy mieć "kobiece kształty"?

Wczorajsza całodzienna wyprawa do Łańcuta może być uznana za udaną, chociaż chyba mam dość jeżdżenia i zwiedzania na razie. Najbliższe dwa tygodnie zapowiadają się na szczęście stacjonarnie. Może zrobię coś dzierganego w tym czasie, chociaż  powinnam przede wszystkim uczyć się (tak, tak - zaraz się do tego zabieram. Zawsze zabieram się "zaraz"). Nowych zdjęć podróżnych teraz nie zamieszczę, bo rozładowały mi się akumulatorki w aparacie i muszę ję najpierw naładować, dlatego dzisiaj co innego.

Dieta - myślałam, że będzie gorzej. Znacznie gorzej. Tzn. w necie czytałam o omdleniach, zasłabnięciach, ogromnym wyniszczeniu organizmu. Nie chciało mi się w to wierzyć po przejrzeniu jadłospisu i miałam rację. Przynajmniej na razie mi się tak wydaje: dwa dni dietowania się za mną, a ja odczuwam głód tylko raz dziennie, między śniadaniem i obiadem. ODCZUWAM GŁÓD, a nie cierpię jakoś szczególnie. Poza tym, wcale nie jem dużo mniej niż zwykle, natomiast jest to znacznie bardziej uporządkowane, tzn. posiłki o konkretnych godzinach, zawierające konkretne rzeczy. Żadnego (!) podjadania. Trzeba utrzymać samodyscyplinę, ale nie jest wcale ciężko :) (chociaż może to kwestia doświadczeń i determinacji).
Coraz lepiej idą mi też ćwiczenia. No bo, naturalnie, nie samą dietą człowiek chudnie. Może się to komuś wydać śmieszne, ale ćwiczę z nagraniami na płytach i uważam, że to jest bardzo dobre rozwiązanie, jeśli nie można sobie pozwolić na regularne chodzenie do klubu fitness. Pewne podstawy mam (tzn. wiem, jak wykonywać takie czy inne rzeczy i dlaczego), bo trochę sportów różnych uprawiałam, zazwyczaj bardziej niż mniej intensywnie, więc krzywdy sobie raczej nie zrobię, a i efekty powinny być ok - już zaczynam się czuć coraz lepiej. Może w jakimś kolejnym poście załączę zdjęcia ulubionych płyt.
Natomiast nigdy, absolutnie nigdy, nie wsiadajcie na konia po długiej przerwie bez przygotowania. Wczoraj dopiero w południe poczułam, jak bolesne są tego konsekwencje - mam teraz TAAAKIE zakwasy. Oj, pracowały udka, pracowały... I popracują znowu już w środę :D

A teraz do tematu. Ostatnio w rozmowie ze znajomymi wyszedł problem tzw. kobiecych kształtów. Otóż ja twierdziłam, że mówiąc o kimś (raczej o kobiecie niż o kimkolwiek innym), że ma kobiece kształty, delikatnie daję do zrozumienia (hm, no dobrze - często z nutką ironii), że ma troszkę lub troszkę więcej niż troszkę za dużo tu i ówdzie, natomiast oni twierdzili, że to określenie opisuje po prostu proporcjonalnie zbudowaną, zgrabną kobiecą sylwetkę. Metodą "telefon do przyjaciela" doszliśmy wtedy do porozumienia, jednak odnoszę wrażenie, że zdania, co do znaczenia "kobiecych kształtów" mogą być podzielone. Co o tym sądzicie?

Tak w ogóle, to bardzo miłe, że tu zaglądacie i zostawiacie ślady :). To też motywuje do regularniejszych wpisów.

Smola i Beata - dziewczyny, w moim rozumieniu nie trzeba wyglądać jak hipopotam, żeby mieć potrzebę odchudzenia się :). Nie wyglądam jakoś straaasznie źle, to prawda - szczególnie na koniu (bo na koniu każda kobieta wygląda korzystniej ;), ale ja nie chcę wyglądać w miarę dobrze, tylko doskonale. Taki ot mały perfekcjonizm. To jeden z powodów podjęcia DK. Drugi jest taki, że cztery kg temu (czyt. półtora roku temu) czułam się ze sobą znaczenie lepiej, a te "apetyczne" krągłości (Smola - dzięki za te "apetyczne", uwielbiam ten epitet :) to naddatki, spowodowane zeszłoroczną dietą młodych zakochanych, która obfitowała w gofry z bitą śmietaną i włoską pastę z pesto. Było tych naddatków ponad 8,5 kg! Na szczęście, połowy z tego udało mi się już pozbyć, teraz kolej na resztę.
Poza tym, babeczki w moje rodzinie mają tendencję do tycia, jeśli nie utrzymują pewnej dyscypliny i niestety ja to bardzo dobrze na sobie odczuwam, chociaż ruchu na co dzień mi nie brakuje. Gdybym nie zaczęła dbać o figurę teraz, to za 20 lat miałabym sporszy problem z wagą, na który nie mogę i nie mam ochoty sobie pozwolić. Nie mogę, bo niestety posiadam kolana drugiego sortu i nie wolno mi ich zanadto obciążać. A nie mam ochoty, bo łatwiej utrzymać się w dobrej formie niż do niej wracać :).
Jest też trzeci powód: lubię się odchudzać. Każdy stracony kilogram sprawia ogromną satysfakcję, nie mówiąc już o coraz bardziej zadowalającym odbiciu w lustrze. Lubię mieć poczucie, że mam dobrą samodyscyplinę i umiem się kontrolować. To dobrze wpływa na samopoczucie i samoocenę.
Także dziękuję wam za pochlebstwa, naprawdę bardzo miło mi się zrobiło, ale odchudzam się dalej :)

sobota, 17 lipca 2010

Prawdziwe wakacje, plany nieudane i kolejne plany

Naobiecywałam wpisów podróżnych i kulinarnych, a niczego do tej pory nie zrealizowałam. Pora by była to nadrobić. Niestety zdjęć z czwartkowej uczty nie ma, bo wszystko było robione w takim pośpiechu, że kiedy już zasiedliśmy do stołu, wszyscy od razu zaczęli jeść i nie było mowy o wyciąganiu aparatu. A smaczne rzeczy były i wyglądały niczego sobie... Trudno, teraz dwa tygodnie DIETY KOPENHASKIEJ. Zobaczymy jak mi pójdzie - dzisiaj pierwszy dzień i na razie trzymam się świetnie :).
Dieta kopenhaska to taka "dieta cud" krążąca po gazetach i w internecie. Pewnie nigdy bym jej nie spróbowała, gdyby nie poleciły mi jej dziewczyny z forum o odchudzaniu. Plan jest taki: teraz DK, potem dwa tygodnie lekkiej kuchni włoskiej, potem korzystanie z owoców lata i na jesień, kiedy ponownie zabraknie malin, borówek i innych jagód, najprawdopodobniej Dukan. Jeśli  ktoś ma ochotę się przyłączyć - zapraszam.
Podobno ta DK bardzo wycieńcza organizm, ale powiem wam szczerze, że zupełnie nie rozumiem, dlaczego, bo jak tak się przyglądałam menu z przodu, z tyłu i z każdej innej strony, to całkiem tego sporo jest i dość zdrowe. Np. dzisiejszy plan żywieniowy to:

filiżanka kawy z łyżeczką cukru na śniadanie - mały zgrzyt, bo ja lubię kawę, ale z mlekiem i BEZ cukru,
20 dkg befsztyku wołowego usmażonego na odrobinie oliwy i sałata z oliwą i sokiem z cytryny - no, to całkiem porządny obiad jest...
2 jajka na twardo, szklanka szpinaku i pomidor - na tak obfitą kolację, to nie często sobie pozwalam.

Tak więc nie wiem, dlaczego by ta dieta miała być taka katorżnicza - stosowałam już bardziej skąpe i było ok. Po(ży)jemy, zobaczymy.
A potrawy z czwartku z pewnością się kiedyś powtórzą, pewnie całkiem nie za długo - i wtedy na pewno przedstawię i przepisy i zdjęcia :) (tarta borówkowa jest mniam! a gruszki z serem pleśniowym i orzechami to jedna z najpyszniejszych rzeczy, jakie w życiu jadłam!).

A teraz trochę nadrabiania zaległości:

 

Wiecie, co to jest? Nie? Ha! To ja wam powiem :) To jest Zamczysko! Tak, tak - to nie wzrok was myli, lecz nazwa. To, co widzicie na zdjęciach, to największa ze stolic państwa Wiślan, a konkretnie główna i najwyżej położona część grodziska w Stradowie (województwo świętokrzyskie). Gród ten obejmował obszar około 20-25 ha (samo Zamczysko 1,5 ha) i mógł być zamieszkany przez od kilkuset do 4 tysięcy osób. Funkcjonował od VII do XI wieku, jeszcze po podbiciu ludu wiślańskiego przez Polan i należał do tzw. wielkich grodów Wiślan. W IX wieku stracił swoje prawdopodobnie wysokie znaczenie administracyjne na rzecz Wiślicy. Gród główny był otoczony potężnymi wałami, fosami i trzema podgrodziami z własnym systemem wałów, które do dzisiaj mierzą kilkanaście metrów wysokości i robią naprawdę duże wrażenie.
A taki jest widok z wałów Zamczyska na dolinę potoku Stradomka:


 

Pierwsze zdjęcie pochodzi z tej strony i pokazuje dokładniej, jakie jest zróżnicowanie poziomów i jak przebiegały wały i potok. Wykopaliska archeologiczne, prowadzone w tym miejscu w latach sześćdziesiątych ujawniły, że koniec grodu może wiązać się katastrofą: wewnątrz pozostałości domostw znaleziono ludzkie szkielety i ślady pożaru. Nie wiadomo, dlaczego nie odbudowano grodu, którego budowle były drewniane (zrębowe) lub ziemne (ziemianki i lepianki).
Dzisiaj w szczytowym miejscu wałów stoi drewniany krzyż - jak na ironię losu postawiono go w miejscu rezydowania pogan, dla których chrystianizacja była formą bardzo dotkliwej opresji. Brak natomiast choćby tabliczki informacyjnej i drogowskazów prowadzących do tego miejsca - żeby trafić, trzeba pytać okolicznych mieszkańców, którzy zamieszkują o takie domki:




Albo takie:

 

No dobra, żartuję ;). Ale ja jak zobaczę kawałek murka, to mnie coś za serce chwyta. Na tym koniec, bo chyba skutki dzisiejszego upału zaczynają być widoczne w tym wpisie.

Na sam koniec pochwalę się, że udało mi się zaciągnąć Kubę na jazdę konną :). Nie będę zamieszczać jego zdjęcia bez jego zgody, ale pochwalę się swoim - trochę  mi kask zjeżdżał ;)


 






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...