Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kotowaci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kotowaci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 stycznia 2014

Mój pierwszy entrelak

Zrobiłyście mi bardzo miłą niespodziankę! Kiedy pisałam poprzedniego posta, myślałam, że początkowo nikt tu nie będzie zaglądał, że wszystkie czytelniczki pokasowały linki do bloga i nikt już nie pamięta o Womb.arcie. A tu tyle wejść i tyle życzliwych słów! Bardzo wam dziękuję! :)

A teraz trochę o udziergu - już jakiś czas temu zaintrygowała mnie metoda entrelaku. Przede wszystkim ze względu na to, że sprawia wrażenie bardzo trójwymiarowego - nawet na zdjęciach, siłą rzeczy płaskich, wydaje się tak miękki, że mam ochotę go dotknąć i sprawdzić. Podpatrywałam tu i ówdzie różne realizację i myślałam, że to pewnie bardzo skomplikowane zrobić taki entrelak. Właściwie to nie wiem, co mnie ostatnio dźgnęło, żeby sprawdzić, jak się to dzierga, ale dość szybko znalazłam świetny kurs u Kryski. Przeczytałam instrukcję, obejrzałam zdjęcia i stwierdziłam, że muszę to wydziergać i to w trybie natychmiastowym! I tak oto mam już prawie skończoną entrelakową chustę dla Kuby. Mogłybyście zobaczyć ją na zdjęciu obok, ale kiedy tylko rozłożyłam ją na stole celem zebrania dowodów, Hugomir stwierdził, że przecież nie może taka pusta leżeć, no i się wrył w kadr. Ale że kocur fotogeniczny, to mu należy wybaczyć. Jak chusta będzie gotowa, to może i zdjęcie na modelu wpadnie.

Naprawdę fajnie jest wrócić! :D
Moc pozdrowień z zaśnieżonego Krakowa!

wtorek, 1 marca 2011

Kocierze

Może niewiele z Was pamięta historę dokacania w naszym domu, którą zgrabnie opisałam tutaj niewiele ponad rok temu. W każdym razie teraz relacje pomiędzy naszymi kotami prezentują się tak:







Na jednym zdjęciu jest sam Hugomir, ale nie mogłam sie powstrzymać przed umieszczeniem go tutaj, ponieważ rewelacyjnie oddaje jego oburzenie, czyli minę pt. "Ale jak to?!". Zdjęte, kiedy Junona zdradziła go na rzecz pieszczot za uchem ;)

niedziela, 7 listopada 2010

Test kocich żwirków i sposób na piaskownicę w mieszkaniu

Myślę, że ten wpis może zainteresować dziewiarki posiadające koty.
Ponieważ mieszkam z dwojgiem kocierzów, którzy nie wychodzą z mieszkania, w naszej ludzkiej toalecie znajduje się również toaleta kocia - dość spora zamykana kuweta, postawiona w ustronnym miejscu. Jako ściółki w kuwecie od pewnego czasu używałam drewnianego żwirku Cat's Best Eco Plus, który można było bez obaw wyrzucać do toalety, co stanowiło duży komfort. Niestety ten żwirek nosił się obficie po mieszkaniu, które chociaż zamiatane codziennie było wieczną piaskownicą, nie wyłączając, niestety, łóżka. W końcu pomyślałam, że pewnie można ten problem jakoś rozwiązać i ruszyłam na kwerendę po internecie.
Pierwszą rzeczą, jaką znalazłam, były wycieraczki dla kotów :). W formie gumowej maty lub plastikowej podkładki, jest kilka modeli, właściwie wszystkie zbierają pozytywne recenzję. Ja zakupiłam taką i jestem bardzo zadowolona: podłoga w mieszkaniu przestała chrupać pod stopami i znikła konieczność codziennego wytrzepywania prześcieradła z drewnianych okruszków.
Drugą rzeczą, na którą wpadłam był test żwirków drewnianych. Zachęcona jego wynikami i opiniami internautów w wielu sklepach, zakupiłam wielką paczkę najdroższego żwirku Porta Pine (na szczęście na opłacalnej promocji), licząc na to, że jego jakość i wydajność zrekompensują cenę. Otóż niestety, oprócz bardzo przyjemnego zapachu sosny po otwarciu opakowania, żwirek okazał się dużym rozczarowaniem. Nie bardzo dużym, ale jednak. Najpierw przy nasypywaniu żwirku uniosła się chmura pyłu, potem bardzo szybko powrócił problem wszechobecnych drobinek, a co gorsza w łazience i w przedpokoju pojawił się zapach kociej kuwety... coś, z czym wcześniej nie miałam żadnego problemu. Zaczęliśmy sprzątać kuwetę cztery i więcej razy dziennie (wcześniej dwa to było optymalnie), żeby uniknąć gromadzenia się smrodliwych odpadów, a ostatecznie dokupiliśmy proszek pochłaniający zapachy. No, ale to nie jest to, czego by się oczekiwało po tak zachwalanym żwirku. Wygląda na to, że test przeprowadzony na wodzie i futrzanej podkładce nie jest szczególnie miarodajny.

Wnioski z tego eksperymentu są takie: wycieraczka przed kuwetę zostaje, natomiast Porta Pine będzie używany tylko końca jedynego zakupionego opakowania... niestety, wysoka wydajność tego żwirku nie ulega wątpliwości ;]

A przy okazji przypominam, że dzisiaj kończy się konkurs i jeszcze tylko przez 5 godzin czekam na maile z odpowiedziami na pytanie.



Elu, gdybym miała 20 kg włóczki, Twoje tempo i umiejętności, rzuciłabym studia i założyła zakład dziewiarski :). A potem wyjechała w długą podróż dookoła świata :D. Ale ponieważ nie mam żadnej z trzech powyższych rzeczy, muszę się zadowolić nowymi włóczkami. Jeśli chodzi o guziki, to wydały mi się tanie, bo w internecie wszystkie były znacznie droższe (zaznaczam, że szukałam koniecznie drewnianych).
No, i nadal nie dostałam od Ciebie listu z odpowiedzią ;>.

Agato, zawsze możesz go zaskoczyć włóczką dziecięcą - nie będzie się mógł wykręcić ;).

Anust, Kuba na razie nie chce ujawniać się w internecie, więc tylko tę brodę na razie można podziwiać ;). A tę Aztekę chyba rzeczywiście w końcu kupię, tak kusisz... :) Chociaż raczej nie w celu wyprodukowania czapki, bo w czapkach z zasady nie chodzę, a odkąd od wiosny mam grzywkę, to nawet nie bardzo mam możliwość założenia czegokolwiek na łepek, bo potem do końca dnia mam na czole przyklejone plaskate kosmyki. Za to jakiś szyjogrzejek lub kominek bym sobie wydziergała i może rękawki lub rękawiczki do kompletu, ale to chyba za dużo na jeden motek...

No i dzięki wam trzem za miłe słodkości i wyrazy podziwu :)

niedziela, 29 sierpnia 2010

Kocierze i włóczka

To się nazywa "zająć przez zasiedzenie":


To było wczoraj wieczorem. A dziś?



Teraz winnych motków jest już trochę więcej i te dwie stojące tulejki są już wykorzystane, na drugą właśnie przewijam niebieską Lana Gattę - długo schodzi te 1250 metrów, nie ma co. Dzięki Junonie wiem już teraz, że winna włóczka ma bardzo wysoką zawartość wełny, a to dlatego, że Juno można traktować jako detektor naturalnego zwierzęcego włosia w postaci motków - potrafi znaleźć je wszędzie (nawet w zamkniętej szafie lub szufladzie) i natychmiast je anektuje.

3nereida - buszuj do woli, cała przyjemność po mojej stronie (pyszna gra słów wyszła ;). A Twój pomysł z dobrym czerwonym jest wyśmienity :D... aż mi się zebrało na smakowite epitety ;) A nad planami dla wina pracuję - włóczki jest dobrze ponad 500 metrów, więc dość sporo, troszkę moherowa jest - z krótkim włosem, na moje oko na druciki nr 3,5. Myślałam nad chustą, ale to za mało. Więc myślę dalej :)

Anust - no, to obie się boimy ;)

piątek, 25 czerwca 2010

Nowe zakupy

Och, ile się musiałam naczekać na tę chwilę - przyjdą zapasy włóczki na co najmniej kilka tygodni! Już w zeszłym tygodniu (albo w tym, mogę się mylić, bo w sesji mój kalendarz biologiczny szwankuje) przyszła jedna paczka z e-Dziewiarki, a wczoraj zamówiłam dwie kolejne w Dziewiarce i w Zamotanych :). A wszystko to dzięki cudownej wiadomości od nowego dentysty, który najwyraźniej nie zamierza mi wmawiać, że muszę u niego regularnie zostawiać prawie trzysta złotych miesięcznie, żeby mi żuchwa nie przegniła ;>. Ach, cudownie, cudownie! Takie zakupy! Jeszcze się chyba nigdy tak nie cieszyłam finalizując zamówienia :) Dzisiaj od rana sprawdzałam ich statusy w sklepach, z niecierpliwością czekając na komunikat: WYSŁANE. I wreszcie jest! obie paczuszki już do mnie jadą :) To tak wspaniałe, że w radości zapominam nawet, że w poniedziałek czeka mnie jeszcze jeden egzamin... Kurcze, dzierganie to jedno z najbardziej ekscytujących hobby ever, naprawdę nie mogę się doczekać listonosza - do tego stopnia, że wydusiłam z kieszeni dodatkową złotówkę i w Dziewiarce zamówiłam przesyłkę priorytetową ;). Ech...

Poza tym wczoraj zakupiłam na allegro przewijarkę do włóczki, o . Nie jest jakiejś urzekającej urody, ale jeśli tylko działa i po złożeniu zajmuje mało miejsca (a sprzedający to gwarantował), to będzie gites i moja ulubiona. Do kompletu licytuję zwijarkę na ebayu, ale nie podam linka, dopóki jej nie wygram, żeby nie zapeszyć ;].

Z nowości domowo-kotowych - kocierze dostały w sobotę nowy mebel. Jeszcze zanim został rozpakowany, wiedziały, że to prezent tylko dla nich, a po wyciągnięciu z pokrowca zaczął się obłęd :). No i zniknął problem z odrapywanymi plecakami ;). Myślę, że mebel można nazwać Minas Kocur.


piątek, 29 stycznia 2010

Wspominki z poprzedniej sesji

Tak, Hugomir bardzo aktywnie brał udział w mojej poprzedniej sesji oraz w edycji ramotek, która Kubie zabrała na razie prawie rok i to jeszcze nie koniec. To z pewnością najlepiej wyedukowany kot w dziedzinie historii literatury staropolskiej :)

 

 Przy okazji, zdobywając w mieszkaniu kolejne szczyty, bardzo przywiązał się do swoich książek.

"Wszystkie moje, nie oddam"

Oprócz biblioteczek, Hugomir chętnie zwiedzał kuchnię, głównie wtedy, kiedy działo się w niej coś ciekawego. W końcu jego ludzie niechybnie potrzebują pomocy z taką ilością jedzenia :)


I jeszcze trochę aktualnej sielany.

Kto by się spodziewał :)
(mam na myśli: pierwszego dnia)

niedziela, 10 stycznia 2010

No, bez jaj, babę zesłał bóg...


Miałam pisać nieco bardziej systematycznie, ale można się było spodziewać, że mi to nie wyjdzie. W każdym razie w ciągu ostatnich trzech tygodni wiele się wydarzyło w życiu Hugomira i trzeba to zanotować. Najpierw, tuż przed świętami, Hugon odwiedził weta, który uczynił go nie-ostatnim kastratem:




Było nam trochę żal, że takie geny się marnują, ale i tak nie zamierzaliśmy szukać mu żony, a ponieważ sprawa była już dawno postanowiona, trzeba było tylko umówić się u naszej wet, której już w ciągu pierwszej wizyty Hugomir wdrapał się na ramiona. Poza tym Hugomir to de facto nadal kot z jajami ;)

I być może to by było na tyle zmian, gdyby dwa dni temu w domu nie pojawiło się takie małe białe




Początkowo Hugomir był zupełnie zdezorientowany i nic nie zapowiadało późniejszych problemów, ale jeszcze tego samego wieczoru byliśmy zmuszeni podzielić mieszkanie pomiędzy dwoje kotów, z których jeden gonił z pazurami (i to nie na żarty), a drugi  zwiewał pod każdą nadarzającą się szafkę. Trzeba jednak przyznać, że Bradamanta- młoda-imperatorka szybko oswajała nowy dom i nie wykazywała najmniejszego niezadowolenia ze zmiany miejsca zamieszkania, pod warunkiem, że ten duży niebieski nie manifestował swojej dominacji, czyli znikał z pola widzenia (każdorazowo za sprawą swoich ludzi). Pierwsza noc była ciężka dla wszystkich: mała Koralina płakała zamknięta z Kubą w sypialni, tylko od czasu do czasu przesypiając chwilę pod kołdrą, Hugomir obrażony na mnie do granic nie zamierzał uczynić mi zaszczytu spania ze sobą i nabuzowany obwąchiwał całe mieszkanie. W środku nocy musiała nastąpić zmiana kwaterunku, która zresztą niewiele pomogła, w związku z czym zasnęliśmy wszyscy dopiero o jasnym poranku. Cała sobota upłynęła pod hasłem izolowania kotów: raz białe, raz niebieskie z nami. Wieczorem już wiedzieliśmy, że Kornelia (chciałam się uprzeć przy Susan StoHelit, ale to jakoś nie spotkało się ani z aprobatą ani chociaż z pobłażliwym zrozumieniem) chciałaby dzisiaj spać z nami, nie wydawało się to jednak możliwe do zrealizowania. Sytuacja nas przerastała. Wiedzieliśmy, że Hugo początkowo nie będzie zachwycony, ale agresji, jaką wykazywał, żadne z nas się po nim nie spodziewało. Teoria dokacania teorią -- my potrzebowaliśmy wsparcia pt. "będzie dobrze". Właśnie takiego udzieliła nam pani Magda, dzięki czemu późną nocą w końcu mogliśmy udać się na konieczny spoczynek.
Kolejna noc upłynęła pod znakiem płaczu, ale przynajmniej Hugomir wybaczył nam "ten nieudany kawał" i nad ranem odprawił Rytuał Deptania.

Za to dziś rano:





No, dobrze, ale jak do tego doszło... Otóż zachęceni mailem pani Magdy, postanowiliśmy spróbować oswoić ich ze sobą, podając im jednocześnie jedzenie w tym samym pokoju. Kuba miał podawać, a ja ratować sytuację w razie niepowodzenia. Hugomir zobaczywszy ulubioną puszkę w rękach Kuby, przestał obdarzać małebiałe swoją drapieżną uwagą i z radością spoglądał do swojej miseczki, w której już niedługo miała się pojawić... mała-białoniebieskagłowa. Kompletnie zbity z pantałyku, z dominacją chwięjącą się w posadach, udał się do drugiego pokoju. Jednak nie na długo. Od tej chwili przez około godzinę mieszkanie wypełniła gęsta masa kociego charakteru; napięcie pomiędzy białym i niebieskim ogniskowało wokół dwojga kotów całą energię pomieszczenia; oczy niebieskie siłowały się z zielonymi, niebieskie nie spuszczało z oczu białego, białe nie zamierzało już odpuszczać. Aż w końcu, zupełnie nie wiem, kiedy i jak to się stało, że staliśmy z Kubą nad białoniebieską toczącą się kulą usiłując cokolwiek z tego zrozumieć, a przede wszystkim rozeznać, kto zaczął i kto górą. Jeszcze przez chwilę monitorowaliśmy te harce w obawie o życie i zdrowie małejbiałej, która jednak zdawała się w jakiś niewyjaśniony sposób odnosić przewagę i najzupełniej kontrolować sytuację. Teraz nie mamy już wątpliwości, kto kogo owinął sobie wokół pazura :)

Małe białe otrzymało imię Junona i również pochodzi z Bełchatowa z hodowli Mój Bluepoint*PL męża pani Magdaleny.

piątek, 18 grudnia 2009

Słowo się rzekło, czyli kilka wspominkowych fotek


Tu jeszcze maluszek - na obu.

 

Fotki nie najnowsze i nie najostrzejsze, ale za to wspominkowe.


 

Żeby nasz kot był sławny!...

A tak naprawdę, to żebym miała jego pamietnik, bo do tej pory wszystkie jego zdjęcia i inne tym podobne pamiątki są porozrzucane po komputerze, w którym trudno cokolwiek znaleźć :). Formalnie to kot Kuby, ale w realu kocha nas oboje. Jest kocurem rosyjskim niebieskim i zwie się Hugomir. I jest wspaniały :)






Hugomir pochodzi z Bełchatowa z hodowli Mój Kot*Pl pani Magdaleny Gawron.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...