Pokazywanie postów oznaczonych etykietą voyage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą voyage. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 listopada 2011

W Toskanii z mamą -- Volterra

Volterra to zdecydowanie moje ulubione miasto w Toskanii. Od miesiąca to również ulubione miasto mojej mamy. No cóż... wcale się jej nie dziwię.

Wieczorem tego dnia, który opisałam poprzednio, odebrałyśmy z hotelu nasze bagaże i udałyśmy się po odbiór samochodu. Bardzo miły pan w biurze wypożyczalni skrzętnie nas obsłużył i życzył nam miłej podróży -- wkrótce okazało się jednak, że co nieco się pospieszył. Odebrawszy kluczyki ruszyłyśmy na parking i odnalazłyśmy miejsce oznaczone na kopercie z dokumentami. Otworzyłyśmy stojący na nim samochód i zapakowałyśmy do niego swoje rzeczy oraz siebie. Po krótkich oględzinach mapy zdecydowałyśmy wyruszyć i... nie wyruszyłyśmy. Kluczyk nie chciał przekręcić się w stacyjce samochodu. Zaczęłyśmy myśleć, kombinować: może w tym modelu trzeba coś jeszcze wcisnąć, albo przekręcić, albo cholera-wie-co? W końcu poszłam po pana z obsługi. Pan przyszedł. Obejrzał samochód. Wsiadł. Spróbował przekręcić kluczyk. Nic. Wysiadł. Podrapał się po głowie. Uśmiechnął się niepewnie. I nagle przyszła mu do głowy genialna myśl: sprawdzić numery rejestracyjne wozu i kluczyków! Oczywiście, kluczyki były od innego samochodu, a ten stał na  t y m  miejscu z niewiadomych powodów. Pan natychmiast pobiegł szukać naszego auta i nawet dość szybko je znalazł. Dowiedziałyśmy się przy okazji, że piloty do Pand często otwierają kilka egzemplarzy tego modelu...

Do Volterry dojechałyśmy już nocą. Po całodziennym zwiedzaniu pizańskich mainstreamowych atrakcji byłyśmy dość zmęczone i każdy kolejny zakręt -- a jest ich tam od groma -- popychał nas do stawiania pytania: daleko jeszcze? Mama zadawała je mnie, a ja mapie, próżno jednak nasłuchiwałam odpowiedzi. Ciśnienie rosło. Kiedy w końcu dostrzegłam w oddali zarys panoramy miasta, to było jak zobaczyć światło latarni morskiej. Co prawda od tej chwili czekało nas jeszcze wiele spirali i niespodziewanych skrętów, ale miałam już poczucie, że jesteśmy na miejscu.

Zatrzymałyśmy się w niewielkim Hotelu Sole (który zdecydowanie mogę polecić), oddalonym od starożytnych murów miasta o 10 minut spokojnego spaceru. Pan w rejestracji już nas oczekiwał i kiedy weszłyśmy do pokoju wszystko było już doskonale. Zjadłyśmy kolację złożoną z ricotty, dwóch plastrów prosciutto i pomidorów, wypiłyśmy herbatę i poszłyśmy spać przed jedenastą.

Następnego dnia wstałyśmy przed ósmą, zjadłyśmy włoskie śniadanie (cappuccino, briosch, brzoskwinie w syropie, płatki z mlekiem, ciasteczko...) i wyszłyśmy na zwiedzanie miasta. Po drodze na piazza mijałyśmy mieszkańców Volterry, nieliczne ranne ptaszki -- ludzie uśmiechali się do nas i mówili buon giorno! lub ciao! Mamie od razu przypadła do gustu ta życzliwość i otwartość.


Do miasta weszłyśmy przez etruską bramę z VIII wieku p.n.e., Porta dell'Arco (tu można zobaczyć zdjęcie, mam nadzieję, że kiedyś zamieszczę własne). Na fotografii widać wyraźnie, że różne elementy konstrukcji pochodzą z różnych epok (zwróćcie uwagę na kształt/obróbkę i strukturę użytych kamieni). Trzy głowy, których rysy są już zupełnie zatarte, stanowią zagadkę -- na razie bez rozwiązania. Według jednej z koncepcji to Zeus i Dioskurowie (czyli jego synowie Kastor i Polluks). Uliczka z powyższej fotografii to Via all'Arco -- prowadzi od etruskiej bramy na piazza. Na kamienicach wzdłuż tej ulicy również widać ślady metamorfoz architektonicznych miasta następujących wraz ze zmieniającą się modą: w murach widnieją zasiedziałe pozostałości gotyckich biforiów, różnorakich łuków bram wjazdowych i wejść, renesansowe portale okienne -- jedne przy drugich, wciskają się pomiędzy cegły i nachodzą na siebie, mówiąc 'ja nastąpiłem po tych, a po mnie przyszły kolejne'.




Na tym zdjęciu widzicie ścianę siedemnastowiecznej kaplicy bocznej w Duomo di Volterra (czyli Cattedrale di Santa Maria Assunta). Kiedyś, zanim dobudowano kaplicę, była to zewnętrzna ściana katedry. Widać na niej znaki czasu, a właściwie różnych czasów: romańskie zdobienia na górze wraz z tymi widocznymi pionami (zobaczycie je na większości romańskich świątyń we Włoszech), prawie na pewno były kiedyś pokryte poziomymi pasami białego i czarnego marmuru; jest wąskie średniowieczne okienko, zarys kształtu sklepienia prawdopodobnie poprzednio dobudowanej kaplicy lub budynku mieszkalnego i dwa zarysy wejść (dzisiejsze znajduje się pod tym kolorowym malunkiem, jest barokowe i znacznie mniejsze od wszystkich poprzednich). Prawdopodobnie można się tam dopatrzeć jeszcze więcej śladów kolejnych, współumarłych lub współżyjących ze sobą przeszłości. Właśnie w taki sposób opowiada o sobie cała Volterra.




A to schody do rzymskich cystern przy bramie San Felice, niegdysiejszego miejsca poboru wody dla całego miasta (pod arkadami na zdjęciu po prawej). Miejsce po zmierzchu jest efektownie oświetlone, a w basenach pływają czarne i złoto-pomarańczowe ryby. W zeszłym roku trafiliśmy tu z Kubą zupełnie przypadkowo podczas późnowieczornego spaceru i to miejsce zrobiło na nas duże wrażenie.
Wcześniejsze cysterny znajdowały się po zewnętrznej stronie murów, zaledwie kilka kroków od tego miejsca. Można je obejrzeć, ale są w fatalnym stanie i strasznie zaśmiecone, a woda nie jest już do nich doprowadzana. Znalazłam je w tym roku, ponieważ byłyśmy tu z mamą za dnia.


To tyle tegorocznych zdjęć z samej Volterry. Mając kliszaka nie cyka się zdjęć tak rozpustnie jak cyfrówką, bo każde naciśniecie spustu wymaga podjęcia decyzji, czy akurat to ujęcie będzie tego warte. W konsekwencji obrazów ma się znacznie mniej, za to są bardziej przemyślane.
Następnym razem San Gimignano, Balze (osuwiska w Volterze) i widok na Val di Cecina o zachodzie słońca.


---


makramko, warto, bardzo warto wyjechać. Chociaż wyjazd był jednak prawie w całości sponsorowany przez moją mamę. Mam nadzieję, że kiedyś zabiorę ją na takie wakacje na własną kieszeń.


pimposhko, zakamarki tak, ale w Volterze, co do Pizy muszę Cię rozczarować -- byłyśmy tu tylko przez jeden dzień, więc także nie zobaczyłyśmy wiele więcej niż Piazza del Duomo. Zamierzam tam jednak wrócić i zobaczyć m.in. cmentarz, na którym znajduje się np. grób Sheleya i innych angielskich rozpieszczonych młodzieńców, którym pechowo zmarło się podczas grand tour ;). A hotel akurat ten, bo był najbliżej i oferował najlepszy stosunek ceny do usług.


wilddzik, dzięki ;)


malaala, zgadzam się, zdolna ta Minolta, sama jestem bardzo pozytywnie zaskoczona :). A z mamami to chyba tak jest, że trzeba im pokazać, że mogą zrobić jeszcze wiele rzeczy, o których im się wydaje, że już na nie za późno, że już nie warto -- a warto: stwierdzam, że niewiele jest lepszych rzeczy, które mogłabym zrobić dla mojej mamy :)



niedziela, 30 października 2011

W Toskanii z mamą -- Piza

Czy zadawałyście sobie kiedyś pytanie, co zrobić, żeby mama-pracoholiczka wyjechała na wakacje? Odpowiedź jest jedna -- zabrać ją na nie! Od długiego już czasu myślałam o tym, co by tu zrobić, żeby mama wzięła urlop i wyjechała gdzieś odpocząć. W końcu w czerwcu wykonałam taki telefon:
- Mamo, w ostatnim tygodniu września musisz wziąć urlop, jedziemy do Toskanii.
- Jedziecie do Toskanii? No to jedźcie, a dlaczego ja mam brać urlop?
- Bo to my jedziemy do Toskanii. - Jacy my: ty i Kuba? - Nie: ja i TY.
- Co?! Nie, to niemożliwe, ja nie mogę wziąć urlopu, zresztą co to w ogóle za dziwny pomysł (...tutaj znalazło się mnóstwo powodów, dla których mama absolutnie i pod żadnym warunkiem nie może jechać...) Nie.
- 27 września do 1 października - może być? - ?! !! !!!? - Bo właśnie sprawdzam bilety w ryanairze. - ?!!! ?! !! A w ogóle to nie mogę teraz rozmawiać. PA!
- No to pa.

Następnego dnia, rano:

- Naprawdę jedziemy do tej Toskanii?
- No.
- A jak my tam dojedziemy?
- Polecimy samolotem, już kupiłam bilety do Pizy.
- Aha. A co my tam będziemy robić?
- No zwiedzać, jeść i odpoczywać. To, co się robi w Toskanii.
- Aha. Ale naprawdę jedziemy do Toskanii?
- No naprawdę, jeszcze tylko muszę kupić bilety powrotne (i wynająć samochód i zarezerwować hotele i... no, o tym mamie nie mówiłam tak szczegółowo, w końcu to miały być jej wakacje :)
Wyjazd był bardzo udany. Tak myślę ;). Pokazałam mamie moje ulubione toskańskie miasta: Volterrę i San Gimignano, byłyśmy też w Pizie, której wcześniej nie znałam.
Wyleciałyśmy z Krakowa do Pizy wieczornym rejsem. Noc spędziłyśmy w MOH Galilei (mogę polecić), a następnego dnia z samego rana poszłyśmy na piechotkę do centrum miasta, gdzie spędziłyśmy cały dzień. Punkt główny programu -- Campo dei Miracoli.

Duomo di Santa Maria Assunta, Krzywa Wieża wyszła trochę nazbyt prosto ;)

sobota, 27 sierpnia 2011

West Highland Way. Z dziennika podróży: pierwszy nocleg na dziko

THE WEST HIGHLAND WAY. A NOTE FROM THE TRAVEL LOG: OUR FIRST WILD CAMP


Tak wyglądała woda z czerwonego potoku.
This is what the water from the red broom
looked like.
Po 16 km marszu z Tyndrum, za Inveroran i Mostem Wiktorii, doszliśmy do Forest Lodge, leżącego na skraju lasu, na wejściu do którego stoi brama. Na bramie wywieszone są dwie informacje dla pieszych turystów: „Żadnych ognisk” i „Najbliższe pole namiotowe (brak infrastruktury) znajduje się w Kingshouse, 16 km stąd. W razie wątpliwości zawróć na ostatnie pole namiotowe przed Hotelem Inveroran.” Żadne powroty nie były nam w smak (to było ok. 2 km), więc postanowiliśmy iść dalej aż znajdziemy pierwsze miejsce na nocleg. Po kolejnych ~ 2 km znaleźliśmy ruiny jakiegoś domu, idealne miejsce na rozbicie namiotu i nawet rwący czerwony strumień obok, mieliśmy więc wszystko, czego było nam trzeba. Na dodatek, dzięki ruinom miejsce wyglądało nieco upiornie. Tutaj po raz drugi zrobiliśmy użytek z naszych super-czapek: midgesów było znacznie więcej niż w Beinglas i były znacznie bardziej wygłodniałe. Na szczęście, po zamknięciu w namiocie nawet te, które dostały się do środka były łagodne, dopóki zostawiło się je w spokoju.
Rano zebraliśmy się jak na nas dość wcześnie; zjedliśmy śniadanie i umyliśmy zęby w moskitierach. Mieliśmy szczęście, bo akurat nie padało, a słońce nie tylko suszyło nasz namiot, lecz także sprawiało, że znikały wszystkie krwiopijne midgesy.
Następnym punktem na mapie był Bá Bridge; znaleźliśmy tam miejsce, w którym nocowali nasi znajomi, S. i B., piętnaście lat wcześniej, tuż przed mostem (fantastyczny widok w promieniu kilkunastu kilometrów na Ranoch Moor). Miejsce jest dość charakterystyczne, to pewnego rodzaju podwyższenie terenu koło drogi, jakby mikro-wzgórze, z kilkoma wklęsłymi „logiami” w środku.

+ For English version click beneath

niedziela, 14 sierpnia 2011

West Highland Way - Z Tyndrum na pierwszy nocleg na dziko

WEST HIGHLAND WAY - FROM TYNDRUM TO OUR FIRST WILD CAMP

Krajobrazy Szkocji mają pewną konkretną właściwość, dzięki której są tak wyjątkowe. To intensywność koloru trawy. Zieleń jest tak soczyście jaskrawa, że świeci własnym zielonym światłem, tak że nawet podczas ciężkiej ulewy, kiedy niebo zaciągnięte ciemnymi chmurami przepuszcza niewiele promieni słonecznych, na otwartej przestrzeni jest wciąż jasno. To jest zjawisko, jakiego nie da się ująć na zdjęciu i dlatego kadry ze Szkocji bywają czasem głęboko ponure.

Scontland landscapes have one very concrete quality thanks to which they are so unique. It’s the intensity of the colour of the grass. The green is so vividly vibrant that it shines with its own green light, thus even during a heavy rain, when the sky is darkly clouded and lets few sunrays through, in the open it is still bright. It is a phenomenon you cannot catch in a photograph and this is why pictures of Scotland are often thus deeply bleak.



Kiedy opuszczaliśmy Tyndrum, chmury zasłaniały niebo po horyzont, byliśmy więc przygotowani na nieco wilgoci w ciągu wędrówki. Tego dnia padało ponad trzydzieści razy. Tu dodam, że w Szkocji zaczyna się rozumieć, dlaczego w języku angielskim jest tyle różnych określeń na deszcz... ;) Dzięki odpowiedniemu ekwipunkowi wędrówka w deszczu nic nie traci -- dobra turystyczna peleryna naprawdę świetnie się sprawdza w takich warunkach (ja miałam Tatonkę z komorą na plecak – zdecydowanie polecam). Warto też mieć sprawdzone, zaimpregnowane buty oraz ochraniacze lub nieprzemakalne spodnie outdoorowe (Kubie przemokły nowokupione buty i spacer był dla niego mniej przyjemny).


When we were leaving Tyndrum the clouds covered the sky till the horizon so we were prepared for some damp during our walk. That day it raine over thirty times. Here it is worth mentioning, that in Scotland one begins to understand why there is such variety of expressions describing rain... ;) Thanks to adequate equipment walking in the rain losts nothingt – a good outdoor rain-coat is a real must-have in such weather conditions (I had one of Tatonka with a chamber for backpack and I do recommend it). It is also good to have tested, impregnated boots and boot guards or waterproof outdoor trousers (Kuba’s newly bought boots got soaked very quickly and the walk was way less pleasant for him).



W miejscu, gdzie szlak wychodzi z miasteczka Tyndrum, znajduje się ostatni w tej części trasy sklep. Właściciele nie omieszkują tego zaznaczyć w reklamie. Lecz nie tylko sklep jest ostatni -- na tym odcinku nie ma również żadnego campingu (choć są hostele i B&B w Bridge of Orchy). Na tę część trasy nie trzeba zabierać ze sobą zapasu wody, jest jej po drodze pod dostatkiem. Niedługo po wyjściu z miasteczka mija się bardzo ciekawe zlewisko małych cieków wodnych, które wygląda tak, jakby ktoś mocno ponacinał dobrze zakwaszone trawiaste ciasto tuż przed wsadzeniem do pieca -- istny sabat strumieni, łączących się w samym środku w większy ciemny potok. Po przejściu XIX-wiecznego mostu nad torami kolejowymi idzie się przez kilka kilometrów u stóp dość długiego masywu górskiego (Beinn Odhar i Beinn Dorain), niezwykle gęsto żłobionego małymi ciekami wodnymi -- równoległe strumyki są tu oddzielone paskami trawy szerokimi na np. pięćdziesiąt centymetrów. Część tych strumieni przeprowadzona jest pod naszym traktem i następnie spływa dalej po zboczu, jednak niektóre znalazły sobie drogę na powierzchni. Bywa, że na krótszych lub dłuższych odcinkach idzie się po prostu po niezbyt głębokiej, ale jednak mokrej wodzie ;).
Krajobraz w tej części Highlandu są przepiękny, a ponieważ WHW biegnie na pewnej wysokości, podczas spaceru mieliśmy świetny widok na dolinę. Po drodze jeszcze kilka razy przechodzi się pod lub nad torami West Highland Railway.

Where the track leaves the town of Tyndrum, there is a shop – last on this part of the route and the owners do inform the walkers about it. Not only the shop is the last one: for the next 45 km there is no campsite either (although there is a hotel and B&B in Bridge of Orchy). There is no need to carry much water with yourself on this stretch as you will find plenty of it on your way. Only a short distance from the town there is a very interesting basin of little flows, that looks as if someone had cut well fermented grassy bread dugh just before putting it into an oven: a sheer sabbath of brooks joining here into one major dark stream. After you get across a 19th-century bridge over a railway for several miles the route goes at the foot of a quite long massif (Beinn Odhar and Beinn Dorrain). It is incredibly densly carved with tiny flows – parralel brooks are seperated by stripes of grass like 50 cm wide. The majority of these brooks are led under the track and then flows down the mountainside, but some of them found their way on the surface. This means that sometimes you litterally walk on – not deep but still wet – water.
The landscape in this part of Highland is beautiful. As the route goes at some heights we had a splendid view over a valley. There are some more railway crossings on the way – some above and some beneath it.





Przejście pod torami kolejowymi.
A pass under the railway.



W końcu dociera się do Bridge of Orchy (od mostu na rzece Orchy datowanego na 1742 rok), które okazuje się niespodziewanie maleńką wioską. Tutaj na stacji kolejowej, korzystając z przerwy w opadach, urządziliśmy sobie lunch. Kiedy skończyliśmy pić herbatę i zaczęliśmy się zbierać, miłe panie zwróciły nam uwagę, że nie powinniśmy byli w ogóle palić tu ognia... warto zapamiętać – niedużo dalej, bo tuż za mostem, znajduje się dzikie pole namiotowe (można tu nocować, ale należy poprosić o zgodę w hotelu).

In the end there is Bridge of Orchy (it takes its name frome the brigde dated back to 1742) which turns out to be a surprisingly small village. As there was a temporary breake in rainfalls, we had our lunch outside the railway station. When we finished drinking tea and we were just about to leave two nice ladies told us we shouldn’t have had any fire there (we had a camping stove)... it’s worth remembering, especcially because only a short distance further, just beyond the bridge, a wild tent area is located (you can stay here, but you should ask for permission in the hotel first).


Lunch i herbata :D
A lunch and a tea :D
Największy budynek w Bridge of Orchy - hotel.
The largest building in Bridge of Orchy - a hotel.
Rzeka Orchy.
River Orchy.

Bridge of Orchy.

Dokładnie na wysokości kampowiska przy moście WHW rozdwaja się: można wybrać drogę samochodową, idącą przez jakiś czas wzdłuż rzeki Orchy, a więc doliną, lub znacznie przyjemniejszą i atrakcyjniejszą widokowo ścieżkę przez las i wzniesienia – na rozdrożu w lewo.
Przez jakiś czas szliśmy pod górkę, czasem nieco kropiło. Dość szybko wyszliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie oprócz rewelacyjnej panoramy Loch Tulla, starego lasu Doire Darach oraz gór Stob Coir’ Ghabhar (Wzgórza owiec) i Stob Coir’ Albannaich (Szczytu Highlandera) należących do pasma Glen Etive, mieliśmy świetny widok na zbliżającą się ścianę deszczu ;).  Zresztą, same zobaczcie!

When you get to the wild campsite at the bridge the WHW will split: you may choose a vehicle road, that follows River Orchy and thus go through the valley, or a way more pleasant footpath through a wood and hills with superb views – on crossroads go left.
For some time  we were walking uphill, it spitted once in a while. After not very long distance we got to an open air. While a fantastic panorama of Loch Tulla, an ancient woodland Doire Darach and the Glen Etive massif (Stob Coir’ Ghabhar – The Hill of the Goats and Stob Coir’ Albannaich – The Highlanman’s Peak) met our eyes, we also saw a wall of rain coming towards us ;). Anyway, have a look yourself!
Ktoś zostawił na szczycie.
Someone left if on the peak.

Deszcz na horyzoncie.
Rain on the horizon.
Coraz bliżej.
Getting closer.
Prawie na wyciągnięcie ręki.
Almost can touch it.
Pada.
It's raining.
I po deszczu. Loch Tulla.
It stopped. Loch Tulla.
Przy drodze co jakiś czas pojawiają się usypane z kamieni stożki – oczywiście, dokładałam swój kamyczek na samej górze (no, to wiemy już, jak powstało Stonehenge?). Po zejściu z widokowego wzniesienia Màm Corraigh minęliśmy Hotel w Inveroran, gdzie zatrzymali się kiedyś państwo Dorothy i William Wordsworth, co Dorothy upamiętniła w swoim dzienniku, oraz Inveroran Cottage. Tuż za nimi, przy moście nad Allt Tolaghan znajduje się niewielkie dzikie kampowisko. Mniej więcej milę dalej przeszliśmy przez Most Wiktorii i dotarliśmy do Forest Lodge, tuż za którym w poprzek drogi stoi brama. Na powieszone są dwie informacje: pierwsza mówi o tym, że przez następnych 16 km idzie się po dawnym szlaku handlowym i późniejszej drodze publicznej łączącej Inveroran i Kingshouse, druga zaś o tym, że dopiero w Kingshouse znajduje się kolejne dzikie kampowisko. Byliśmy już dość zmęczeni, dzień powoli dobiegał końca – postanowiliśmy jak najprędzej znaleźć miejsce, w którym będziemy mogli spędzić noc. Ale o tym już w następnym odcinku...

Here and there along the path there are cones built of stones – I did, naturally, add my own pebbles just at the very top (and now we know, how Stonehenge was created). After having descented the scenic rise of Màm Corraigh, we passed by the Inveroran Hotel (some time ago Dorothy and William Wordsworth stayed there, which Dorothy has vividly described in her diary) and the Inveroran Cottage. Just beyond them, at a bridge over Allt Tolaghan, there is a wild tent area, rather small. We walked on for about a mile to cross the Victoria Brigde and we got the Forest Lodge, just beyond which there is a gate on the track. Two pieces of information are placed there: the first one says that for the next 10 mile the route follow the old trade trail, that later was a public road from Inveroran to Kingshouse; the second one adds that yet in Kingshouse you will find the first subsequent wild campsite. As we were a bit tired so far and the day seemed to be nearing the end, we decided to find a place for the night as quickly as possible. This, however, will be described in the next entry...






Forest Lodge.
***

Odpowiadam:
Repleys:

Iwono, to chyba zupełnie tak jak Ty, nie? My - kobiety - chyba tak mamy ;) Ale dziękuję.

malaala, to modelka Agatona, ale zgadzam się, że wygląda świetnie!

wiewiórka, im więcej takich prac mam do oglądania i pokazania, tym bardziej się cieszę ;) a jakbym kiedyś dostawała tyle zdjęć dzianin zrobionych wg moich tłumaczeń, ile e-dziewiarka dostaje zdjeć rzeczy zrobionych z ich włóczek, to bym wykupiła miejsce na jakimś serwerze i założyła prawdziwą galeryją ;D

agato, nie wszystkie wzory na Ravelry są po polsku -- niektóre tłumaczenia są udostępniane przez projektantki, inne znajdziesz tylko na blogach tłumaczek, a ogromna większość wcale nie jest przetłumaczona. Dziewiarek tłumaczących wzory nie jest wiele i każda z nas ma ograniczony czas, więc siłą rzeczy nie ogarniemy wszystkiego. Jeśli chodzi o chustę Celandine (czy o chustę właśnie? bo jest kilka projektów pod tą nazwą), to nie ma jeszcze ona wersji polskiej - jeśli Ci na tym zależy, mogę skontaktować się z autorką tego wzoru i zaproponować jej przetłumaczenie go, ale najwcześniej dopiero na początku października, ponieważ teraz kończę studia i zupełnie nie mam na to czasu.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Ogłoszenie o tłumaczeniu Semele i więcej zdjęć z wyprawy po Szkocji

AN ANNOUNCEMENT ABOUT THE TRANSLATION OF SEMELE AND MORE SCOTLAND HIKE PHOTOS


Wyjaśnił się co nieco problem z dostępem do przekładu Semeli na Ravelry. Okazuje się, że niektóre osoby nie mogą dotrzeć do pliku z tłumaczeniem wzoru, ponieważ w systemie Rav występuje błąd, który utrudnia życie również wielu innym użytkownikom (dla niektórych osób niewidoczne są też inne tłumaczenia lub aktualizacje wzorów, np. dla mnie). Åsa będzie się w tej sprawie kontaktować z administracją portalu, nie wiadomo jednak, kiedy sytuacja na stronie wzoru się zmieni. W związku z tym, na prośbę projektantki publikuję następujący komunikat:


The problem with the access to Semele translation on Ravelry has become a bit clarified. It seems that some of the knitter cannot access the file because there is an error in the Rav system. It is an impediment for many other users as well (for some people other translations or any updates of patterns are invisible, e.g. for me). Åsa will contact Ravelry administration, but it is not clear when the situation will change. Therefore, I give you the following information:


Jeśli nie możesz dotrzeć do pliku z polskim tłumaczeniem SEMELE na Ravelry, mimo że zakupiłaś wzór, proszę, skontaktuj się z projektantką bezpośrednio poprzez email. Możesz skorzystać ze wzoru wiadomości (za pomocą funkcji kopiuj-wklej) zamieszczonego w tym celu poniżej:


Dear Åsa,
I am writing to you with a request for the Polish translation of Semele. Despite the fact that I have bought the pattern on Ravelry, the file with translation is not available for me.
I will appreciate your help.
Kind regards,
...

Pamiętam o osobach, które pytały o pośrednictwo w zakupie wzoru -- w tej sprawie proszę o indywidualny kontakt na skrzynkę elektroniczną.
I remember persons who asked about acting a go-between in the purchase -- please, contact me individually via email.


Update 9.08: Osoby, które zakupiły wcześniej Semele, dzisiaj powinny były otrzymać wiadomość o aktualizacji wzoru -- kliknijcie ostatni link w tej wiadomości (na samym dole: Follow this link to download the updated pattern: receipt for Semele), a następnie guzik 'store in library' obok pliku semelePolish.pdf (szósty na liście). Od tej pory plik będzie dostępny do ściągnięcia w waszych bibliotekach na Ravelry.


***

A teraz moja obietnica - zdjęcia :) Wpis o odcinku z Kirkton Farm do Tyndrum uzupełniłam zdjęciami z aparatu Kuby. Niestety, nie udało mi się edytować pierwszego wpisu o wyprawie (z Glasgow do Inverarnan i dalej do Kirkton Farm), więc zdjęcia, które powinny w nim wylądować zamieszczam tutaj. Jeśli uda mi się jeszcze kiedyś otworzyć tamtego posta, może znajdę czas na przeniesienie ich w odpowiedniejsze miejsce. A w międzyczasie:


And here come the promised photos :). I have replenished the entry about the stretch from the Kirkton Farm to Tyndrum with photographs from Kuba's camera. I cannot, though, edit the first entry about the travel (from Glasgow to Inverarnan and further on to Kirkton Farm), so I place here the photos, that should go there. If I ever manage to access that very entry againg, I will try to move them to more proper place. Meanwhile:


Rozbijanie namiotu na campingu w Beinglas, Inverarnan.
Czapki z moskitierami okazały się niezastąpione.
Pitching down at the Beinglas campsite, Inverarnan.
The caps with mosquitos nets proved to be indispensable.
Przejście pomiędzy pastwiskami.
A pass between two pastures.


Godziny szczytu w Highlandzie (mam podobną pocztówkę ;)
Rush hours in the Highlands (I've got a much the same postcard ;)


XIX-wieczny most kolejowy, tuż obok znajdują się dwa mosty drogowe: nowy i stary.
A 19th c. railway bridge, two road bridges (a new and an old one) are placed by this one.
Ruiny klasztoru św. Fillana z VI lub VII wieku. Św. Fillan miał chrystianizować te tereny.
Ruins of St Fillan's Priory, the 6th or 7th century. The saint is believed to have Christianized  this area.
Tę stajnię zbudowano z kamieni uzyskanych z rozbiórki ruin z poprzedniego zdjęcia ;]
This stable was built of stones obtained from the ruins in the previous photo ;]
Cmentarz należący do dawnego klasztoru św. Fillana.
A graveyard on the ancient St. Fillan's Priory.
Ze względu na północne względem ruin klasztoru położenie cmentarza uważa się, że jest on wcześniejszy. W czasach rzymskiego katolicyzmu na tych terenach cmentarze były nieodmiennie sytuowane na południe i zachód od kościoła. Cmentarz był użytkowany jednak również w znacznie późniejszym okresie, na co wskazuje wykorzystanie kamieni z podłogi kaplicy św. Fillana jako płyt grobowych. Jest również kilka ciekawych nagrobków z XVIII wieku. (zob. Tom Hunter, A guide to the West Highland Way, Londyn 1979, s. 67).
'The position of the graveyard in relation to the chapel suggersts ad older origin for this site than Roman Catholic times, when graveyards were invariably placed to the south and west of the church. Several of the graves are covered with flat stones which were probably taken from the floor of the chapel; there are also some interesting eighteenth-century gravestones.' (Tom Hunter, A guide to the West Highland Way, London 1979).


No, a teraz hop do pierwszego posta o Szkocji - tam wrzuciłam ładniejsze ;)
And now jump to the first entry about Scotland - I have put even better photos there ;)


Update, czyli odpowiedzi:
Update, or the answers:

Właściwie to mam jedną. tonka, Dorothea, Anonimowa -- no właśnie ;/ też wolałabym mieć czyste i nie zniszczone detergentami ciuchy oraz smaczne i pełnowartościowe produkty spożywcze. A kiedy mam wschodnio-europejskie upodobanie, to sobie gotuję żurek.

sobota, 6 sierpnia 2011

Jogurty Müller w Europie B

MÜLLER YOGHURTS IN THE SECOND-CLASS PART OF EUROPE

O tym, że Guinness po wywiezieniu z Irlandii smakuje inaczej, wie każdy miłośnik tego stouta. Nie myślałam jednak, że jest tak również z innymi, mniej "lokalnymi" produktami. A jednak.

The fact that Guinness tastes differently when transported outside Ireland is known to every enthusiast of this stout.  I did not, though, suppose this relates also to other, less "local" products. Yet it does.

W tym roku (jak w każdym) znowu odkryłam na Wyspach coś pysznego -- jogurty z kącikami owocowymi firmy Müller. Po dwóch tygodniach wcinania zupek chińskich i burgerów z frytkami (od święta) naszła mnie ogromna ochota na jogurt. W najbliższym sklepie na produkty Müllera była atrakcyjna promocja, więc zakupiłam od razu cztery sztuki. Po pierwszym opakowaniu, pozostałe trzy znikły bardzo szybko i od tego dnia zjadaliśmy po dwa  dziennie. Były fantastyczne: jogurt gładki w smaku, a konfitura... w malutkim rożku kryło się po kilka malin i jeżyn. Całych! I ten pyszny sos, w którym były zanużone, mmm... pychota! Smakowały jak prawdziwe, prosto z krzaka, tylko z zawiesistym sokiem.
Kiedy wracaliśmy do domu, wiedziałam, że będę poszukiwać tych deserów w Polsce. Widziałam inne produkty Müllera w sklepach, więc liczyłam na to, że i te się znajdą. No i znalazły się na pierwszych zakupach, co prawda kolor opakowania inny (niebieski zamiast zielonego), ale to przecież nie problem, ważne, żeby zawartość była taka sama.
Kiedy przedwczoraj przyjechaliśmy z zakupów, tuż po ich rozpakowaniu otworzyłam mój jogurt -- a miałam na niego ogromną ochotę już przy półce sklepowej i nie mogłam się doczekać. Przelałam zawartość rożka do jogurtu, zamieszałam łyżeczką, nabrałam, z zamkniętymi oczami włożyłam do ust i... otworzyłam oczy, a zamiast spodziewanego uśmiechu na mojej twarzy pojawił się wyraz rozczarowania. Deser smakował zupełnie inaczej niż w UK. Przyjrzałam się produktowi, który trzymałam w rękach: kilka kawałków rozdrobnionych malin i ciemnoróżowa breja udająca konfiturę, taki tani dżem.

This year (like each other one) I have found something delicious on the Isles - Müller Corner with fruits. After two weeks of eating instant soups and burgers with chips (once in a blue moon) I felt like having a yoghurt. Müller's products were on a very attractive special offer in the nearest grocery, so I bought four yoghurts of theirs at once. After opening the first one the rest disappeared very quickly and since then we ate these desserts twice a day. They were fantastic: the yoghurt was so creamy, and the preserve... in the little corner there were several raspberries and blackberries. Whole fruits! And this delicious sauce they were dipped in, mmm... yummy! The fruits tasted like real ones, just picked from the canes, but in a thick juice. When we were coming back to Poland, I knew I would look for these desserts here. I had seen other products of Müller in Polish stores so I was hoping that I would find these particular ones as well. And I did when doing the first major shopping, the packing colour was admittedly different (blue instead of green) but this didn't seem to be a problem; the only thing that mattered was that content should have been the same.
When the day before yesterday we came back home, just after unpacking the shopping, I opened up my yoghurt -- I dreamed about it since I discerned it on the store shelf and I couldn't have waited. I poured the fruit corner content to the yoghurt, stirred it with a tea spoon, scooped up, with my eyes closed I put it in my mouth and... I opened my eyes. Instead of an expected smile, on my face there appeared an expression of disenchantment. The dessert tasted completely different than in UK. I took a closer look of the product I was holding in my hands: few bits of ground raspberries and a dark pink goo pretending to be a preserve, like a cheap jam.

Zadałam sobie pytanie, z czego wynika taka różnica w jakości i smaku tego samego produktu tej samej firmy w Polsce i na Wyspach. Owoce u nas są z reguły smaczniejsze, mleko mamy w porządku, koszty produkcji niższe -- no, to w czym problem? Sprawdziłam miejsce produkcji: BYL (co to znaczy?!) i jakieś cyferki, producent: Molkerei Alois Müller ... Arestried, Niemcy. I wtedy do mnie dotarła cierpka prawda - mieszkam w Europie B. Naturalnie, byłam świadoma tego, że u nas produkty globalnych marek są gorszej jakości niż w państwach Europy Zachodniej, mimo że płacimy za nie zupełnie porównywalne kwoty: proszki do prania gorzej piorą, kawa jest mniej kawowa, makaron był nawet kiedyś (całkiem niedawno) przez Włochów dociążany mąką zawierającą metale ciężkie, żeby można było pakować mniej do paczek. A jednak nie spodziewałam się tego po jogurcie, za który płacę w Polsce 2 zł, a w Szkocji kosztował £2 za 4 sztuki (£1 ~ 4,60 zł, czyli płacimy za te desery prawie tyle samo). Nastawienie producenta przedstawia się zatem następująco: Polacy są przyzwyczajeni do gorszej jakości, więc można im ją sprzedać w tej samej cenie, w jakiej Brytyjczykom sprzedajemy lepszą.

I have asked myself a question, what is the reason of the colossal difference between the quality and taste of the same product, the same brand, in Poland and in UK. The fruits are usually more tasty here than there, our milk is ok and plenty, costs of production are lower -- so what's the problem? I checked the place of production: BYL (what does it mean?!) and some figures; producer: Molkerei Alois Müller ... Arestried, Germany. And just the bitter truth got through to me: I live in the worse part of Europe. Naturally, I was aware that global brands products are of lower quality here than in Western Europe, even though we pay the same or more for them: the washing powders wash worse, the coffee is less coffee, there was a time (and it wasn't long ago) when Italians added a flour containing heavy metals to pasta exported to Poland, so that there was less pasta in a packet. But still, I had not expected the same of youghurts, for which in Poland I pay 2 PLN, and in Scotland £2 for 4 (£1 ~ 4,60 PLN = we pay for these desserts almost the same money). The company's attitude, therefore, presents like as follows: Poles are accustomed to bad quality, so we can sell it to them for the same price we sell Brits a better quality.

Zawiodłam się bardzo na tym jogurcie i na producencie. Firma Müller uświadomiła mi dobitnie, że jestem klientem drugiej kategorii, bo zarabiam w złotówkach.

I am very disappointed with the yoghurt and the company. The Müller firm has given me a simple communiqué: I am a second-class customer, because I earn in PLN.

---

Aktualizacja: o tym, że deser nazywa się w Polsce Müller Mix, a w UK Müller Fruit Corner zorientowałam się dopiero, kiedy zaczęłam dokładniej sprawdzać informacje o produkcie. Odmienna nazwa wydaje się być ciekawym sposobem na uniknięcie różnic w jakości produktu.

Update: that the dessert in Poland is named Müller Mix and in UK Müller Fruit Corner I have found out yet when I began to check the information about the product. The different name seems to be an interesting way to escape responsibility for differences in the product's quality.

---

Odpowiedzi:
Answers:

Jadziu, dziękuję. Sama myślę, że wyglądam jak skrzat przygotowany do walki o przetrwanie ;)

Dziękuję, Elżbieto, chyba nabieram wprawy.

Antonino, obiecuję więcej zdjęć od kolejnego posta. Ich znikoma liczba do tej pory wynika z tego, że miałam tradycyjny aparat na kliszę i tylko trzy filmy, więc początkowo bałam się robić zdjęcia, żeby nie zmarnować klatki; potem mi przeszło ;).
Często, kiedy nie mamy z Kubą czasu i możliwości dalszego wyjazdu, też wybieramy się gdzieś w okolice i te nasze wycieczki są bardzo podobne do Twoich, też bardzo je lubię. A może kiedyś też będziesz mogła wyruszyć gdzieś dalej.

Agato, będzie więcej, będzie - już od następnego posta :)

O, dzienniki z podróży są rewelacyjne! Samosiu, musisz go koniecznie przeczytać! Poza tym to świetne źródła dla badaczy kultury, historii, literatury... możesz powiedzieć córce, że jej diariusz będzie miał kiedyś ogromną wartość :)
Cieszę się, że udało Ci się ściągnąć Semele (niestety, dla niektórych przekład nadal jest niewidoczny). Bardzo chcę zobaczę gotową chustę, a jeśli się zgodzisz, to chętnie zaprezentuję ją i tutaj :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...